Zajęcia Wakacyjne 2025 - Skrzaty

Zajęcia Wakacyjne 2025 - Skrzaty

Za nami ostatni drugi turnus Zajęć Wakacyjnych. 

Poniedziałek 

Dzień otworzyliśmy krótką, ale energetyczną rozgrzewką – zabawy w „Berka z ogonkiem” czy „Murarza” miały nie tylko rozruszać młodziutkie i szybkobieżne nóżki Skrzatów, ale i wywabiły szerokie uśmiechy. Po wysiłku dobrze jest uzupełnić siły – jeszcze lepiej, jeśli robimy to z jabłkowym smakiem! A chwilę po 9:00 wyruszyliśmy na wycieczkę – kierunek: Wawel!

Na miejscu czekała nas mała niespodzianka – trwał tam dzień sprzątania, ale mimo wszystko udało się zorganizować dla nas lekcję o krakowskich legendach. W porównaniu do Żaków, pojawiło się kilka nowych historii – m.in. o Smoku Wawelskim czy królu Zygmuncie III Wazie. Mieliśmy też wyjątkową okazję odwiedzić krużganki, gdzie poznaliśmy opowieść o Dzwonie Zygmunta – z niesamowitym widokiem z balkonu.

Po powrocie mieliśmy chwilę na zabawę w zgadywanki – tematem byli oczywiście piłkarze! Królowała FC Barcelona, ale nie zabrakło też innych gwiazd – zarówno obecnych, jak i tych będących już na piłkarskiej emeryturze. … Pojawili się m.in. Pavard czy Ibrahimović, całość wywołała sporo śmiechu i ekscytacji.

Obiad – cóż, też był pełen emocji, ale niekoniecznie kulinarnych. Kompoty wędrowały nie tylko do buzi, ale organizowały również wycieczki na stoły i podłogę. Apetyt nie u wszystkich dopisywał – to dopiero pierwszy dzień, zmęczenie jeszcze się nie nawarstwiło, na szczęście pojawił się śmiałek, który uratował honor i ocalił nas przed tytułem „niejadków roku” – zjadł całe drugie danie i dwie pomidorowe ze okazałą górką ryżu! A co więcej – całkiem sprawnie poruszał się później na treningu :-)

Deszczowa aura nieco opóźniła wyjście na trening, ale w końcu ruszyliśmy. Grupa młodsza zaczęła od toru przeszkód, później były zabawy rozwijające kontrolę nad piłką, następnie gry 1x1, 2x2, a na finał – pełne emocji 3x3. Grupa starsza rozpoczęła od dynamicznych gier 1x1, wyścigów i gimnastyki, a potem trenowała zwody i strzały na bramkę. Wreszcie na koniec – mecze na duże bramki, gdzie padło kilka naprawdę efektownych goli, ale skoro jesteśmy przy „padaniu”… Znowu czekała nas mokra niespodzianka – ostatnie minuty treningu to trochę taka deszczowa piosenka. Na szczęście cytat „w czasie deszczu dzieci się nudzą” zupełnie nie miał pokrycia w rzeczywistości – była radość, i to całkiem spora!

Mimo dobrego wyposażenia większości uczestników w stroje przeciwdeszczowe, na wszelki wypadek nie przeciągaliśmy zajęć – na Aquapark jeszcze przyjdzie czas. 


Wtorek 

Rano przywitały nas przy Chałupnika promyki słońca, które od razu przeobraziły się w promyki nadziei na pogodny wtorek. Niestety – wygląda na to, że jak pod równikiem: skoro na pierwszym turnusie mieliśmy porę suchą, teraz przyszła kolej na porę deszczową. Aczkolwiek wcale nie było tak źle.

Dzień rozpoczęliśmy od prac technicznych. Chłopcy zostali podzieleni na cztery grupy architektów, a każda z nich miała za zadanie skonstruować swoją część toru przeszkód z dostępnych przyrządów. Chyba nie trzeba Państwa przekonywać, że – jak zwykle – dziecięca wyobraźnia przebiła mądre, dorosłe głowy. Powstały prawdziwe sportowe dzieła sztuki. Następnie, po krótkiej sesji meczów 1x1, przyszedł czas na zasłużone drugie śniadanie.

Ale przerwa od futbolu nie mogła trwać długo – szybkie uzupełnienie bidonów, owoce w dłonie i… wracamy na boisko! Młodsza grupa w swoich zabawach odleciała w kosmos, doskonaląc przy okazji prowadzenie piłki ze zmianą kierunków, nie zapomnieliśmy też oczywiście o grach na zakończenie. Starsza grupa skupiła się na czuciu piłki, a przede wszystkim na dużej liczbie pojedynków poprzedzanych podaniami, z których później przeszła do gier.

Po intensywnym treningu – szybka przebiórka i obiad pod chmurką. Korzystając z braku opadów, zjedliśmy jego pierwszą część, bo zupę – strategicznie – zostawiliśmy sobie na później. Zupy zostały, ale my wyruszyliśmy na wycieczkę. Dzisiejszy cel: Centrum Zmysłów WOMAI.

Po przybyciu zostaliśmy podzieleni na dwie grupy i rozpoczęliśmy pełne wrażeń eksperymentowanie! Oglądaliśmy i doświadczaliśmy różnych zjawisk fizycznych (choć niektóre do tej pory nie chcą się nam pomieścić w głowach). Malowaliśmy latarkami UV po ścianie, graliśmy muzykę palcami na kieliszkach, poznawaliśmy sekrety lustra weneckiego – i to z ogromną ciekawością. Gdy wydawało się, że to już koniec atrakcji – zagraliśmy asem z rękawa.

Wracając, zameldowaliśmy się w mini kinie na interaktywnym pokazie legend krakowskich. To było prawdziwe utrwalenie wiedzy z Wawelu – ale tym razem, w powietrzu zamiast zapachu historii unosiła się woń nowoczesności. Spadający z sufitu Dzwon Zygmunta, Lajkonik wyjeżdżający na… odkurzaczu? – to tylko część atrakcji, które zrobiły na nas ogromne wrażenie.

Po tej dawce bodźców rodem z filmów science-fiction, ruszyliśmy w drogę powrotną do klubu. Wydawało się, że znowu zaleje nas ściana deszczu, ale na szczęście opady nie są u nas tak regularne jak monsuny – więc w spokoju dokończyliśmy obiad, a o deser zadbał nasz solenizant Janek, który w zamian zebrał wielki worek życzeń.

Skoro wszyscy nastawiali się na deszcz i mnóstwo wody, nie możemy nikogo zawieść! Pamiętajcie – jutro wybieramy się do Aquaparku!


Środa

Jesteśmy w samym środku II turnusu. Z Chałupnika 16 wita Państwa rześki poranek. Dziś nie uświadczymy porannego słoneczka, gdyż nad głowami wiszą gęste, stalowe chmury. Na szczęście nie będzie przerwy w transmisji – aura pozwala rozegrać poranne mecze 1x1.

Jak każdy kibic wie – skrzaty nie przepadają za nudą, więc wszystkie mecze miały w sobie nutkę dramaturgii. Porażkę od zwycięstwa oddziela cienka linia, a po jej dwóch stronach czają się skrajnie różne emocje, czego dzisiaj mogliśmy być świadkami. Sport uczy, jak sobie z nimi radzić, a jeśli potrzebne jest wsparcie, to dzisiaj odkrytym remedium okazała się… słodka gruszka. Szybko ukoiła rozemocjonowanych sportowców, a popyt był tak duży, że aż cudem wydaje się, iż klubowy kucharz nadal ma komplet dziesięciu palców – tak szybko musiał dokrajać kolejne porcje.

Po takiej przerwie technicznej, po raz drugi wychodzimy na sportową arenę. Poranny trening jest tak wciągający i tak się przeciągnął, że zawodnicy I drużyny krępowali się schodząc do szatni przed nami. „Praca się zwraca”. A dzisiaj obie grupy rozpoczęły od pracy nad techniką biegu – zarówno bez, jak i z piłką. Nie obyło się też bez wyścigów, które miały być lekką, pobudzającą zabawą, a momentami przypominały bardziej finał olimpijski na 100 metrów.

Następnie młodsze skrzaty doskonaliły prowadzenie piłki przez kolorowe bramki – ale ponieważ mamy już mocno zaawansowany XXI wiek, niektóre wymagały wpisania specjalnego kodu, by się otworzyć. Zwieńczeniem były mini mecze, które płynnie przeszły w wielki finałowy pojedynek. Hasło dnia? „Wszyscy na wszystkich!”. Starszaki z kolei skrupulatnie przypominały sobie zwody poznane w poprzednim sezonie, by następnie wykorzystać je w grach – od tych mniejszych, po najbardziej złożone.

Po jeździe na takich obrotach – czas na pit stop. Co poniektóre silniki delikatnie się zagrzały, dlatego trzeba było zadbać o odpowiednie chłodzenie – najpierw uzupełniając płyny, a potem regulując komputer pokładowy spokojniejszymi zabawami w szatni. Jedna grupa przechodziła test zegarka . W niektórych wypadkach czasoprzestrzeń okazała się mocno zakrzywiona. Ale może po prostu zbliżyliśmy się do prędkości światła, i dlatego czas zaczął tak wariować :-) Druga grupa zmierzyła poddała się badaniu pomiaru hałasu i przewodnictwa elektrycznego – puszczając sobie w milczeniu „iskierkę”, trzymając się za ręce. Mimo obaw – przegląd okresowy zaliczony i mogliśmy ruszać w dalszą trasę.

Aha… jeszcze paliwo! Jak wspomnieliśmy, czas do obiadu upłynął pod znakiem spokojniejszych aktywności – co przełożyło się na zaskakująco dobre wyniki przy stole. Pierogi z serem zniknęły niemal co do ostatniego (tylko zupą pieczarkowa nie cieszyła się już takim powodzeniem). Wreszcie nadszedł czas na main event – tym razem zapraszamy do świata sportów wodnych. Najpierw szybkie zapoznanie z zasadami obowiązującymi w Aquaparku, a chwilę później kolejne wyzwanie: zamiana piłkarskiego outfitu na strój kąpielowy.

Dla niektórych była to walka emocjonująca jak mecz Igi Świątek na Wimbledonie – w tie-breaku, ale i ten pojedynek kończymy zwycięsko! Na hali basenowej rządziły: zjeżdżalnie, statek z armatką wodną, zapasy w brodziku z Trenerami i nurkowanie – a śmiech niósł się echem po całym obiekcie. Po wodnych harcach pasek emocji znów podchodzi pod sufit. Niektórzy z wrażenia aż gubią spodnie. Na szczęście tu też przydały się umiejętności gry zespołowej – i również z tej opresji wspólnymi siłami wyszliśmy zwycięsko: w komplecie i kompletnie ubrani!

Zameldowaliśmy się z powrotem przy Chałupnika – i odmeldowaliśmy do domów, a jutro zmieniamy klimat. z piłką nożną oczywiście się nie rozstajemy, ale szykujemy też kilka innych, smakowitych kąsków!

Czwartek

Czwartkowe menu podczas zajęć wakacyjnych było wyjątkowo urozmaicone. A jak najlepiej rozpocząć taki dzień? Oczywiście od energicznego wyrabiania formy! Skoro już tuż po 8:00 w szatniach zrobiło się gwarno jak na targu, szkoda byłoby studzić emocje. Pod pachę zgarnęliśmy sprzęty przeróżne i ruszyliśmy na miniboiska.

Czekało nas sporo prac manualnych, więc najpierw trzeba było rozgrzać jedną półkulę mózgową, potem delikatnie obrócić i dorumienić drugą – jak placek na patelni. Idealne do tego są piłeczki tenisowe. Wystarczyło wziąć 21 skrzatów, dorzucić worek piłeczek i chaos gotowy? Otóż nie! Spokojnie moglibyśmy oddelegować kilku zawodników na Wimbledon. Precyzja, skupienie, refleks – wszystko było na miejscu.

Po rozgrzewce przeszliśmy na drugie boisko, gdzie już czekały stacje z zadaniami: rzutnymi, koordynacyjnymi i – najtrudniejsze – wymagającymi szybkiej oceny sytuacji pod presją czasu. Brzmi skomplikowanie? A graliście kiedyś w „kółko i krzyżyk”? My właśnie graliśmy – w wersji boiskowej! Do tego kilka rzutów plasterkami do obręczy (na bosu – dla smaczku), szczypta eksperymentów z drabinką koordynacyjną i... dużo radości. A co z chaosem? Był. Ale ten kontrolowany: kilka piłek gąbkowych, jedno boisko, drużyny w gotowości – dwa ognie w pełnej krasie. Gwarancja sukcesu.

Po takim poranku przyszła pora na drugie śniadanie. Banany znikały w tempie ekspresowym – szybciej niż świeże bułeczki. Poszły tak szybko, że zostało nam jeszcze trochę czasu na kalambury. Hasła? „Pingwiny z Madagaskaru”, „Pikachu”. My byśmy się głowili do niedzielnego rosołu, jak to pokazać, ale dla skrzatów to była bułka z masłem, albo kaszka z mleczkiem.

Danie główne dnia? Wyjście do Muzeum Obwarzanka na krakowskim Starym Kleparzu. Po porządnym umyciu rąk zasiedliśmy przy długich stołach, gotowi zgłębiać sekrety skarbu kulinarnej małopolski. Prowadzący byli zaskoczeni gdy przedszkolaki jak z nut wyrecytowały składniki ciasta. Jeśli początkowo ktoś brał nas za kulinarnych amatorów, to szybko zmienił zdanie (no chyba że amatorów ciepłych wypieków – to się zgadza, ale na wysokim poziomie).

Choć rano rozgrzewaliśmy ręce, to wałkowanie i zaplatanie ciasta w warkocze okazało się sporym wyzwaniem. Na szczęście Panie Prowadzące dosłownie podały „pomocną dłoń”. Kiedy wszystko było gotowe do pieczenia, przypomnieliśmy sobie o jednym kluczowym kroku – obwarzaniu w gorącej wodzie. Uff, zdążyliśmy! Bo zamiast obwarzanków wyszłyby nam zwykłe precle.

Na koniec – wybór posypki. Do wyboru był klasyczny mak i sól, ale to właśnie ten moment był dla wielu najważniejszy – ostatni szlif, dotyk mistrza. Gdy piec dał znak, że wszystko gotowe, nasze wypieki zostały starannie zapakowane, a obok nich spoczęły dyplomy obwarzankowego czeladnika. Na Chałupnika wróciliśmy z uśmiechami, ale już bez obwarzanków. Nie pytajcie, co się z nimi stało – powiemy tylko tyle: były dokładnie tak smaczne, jak sobie to wyobrażacie.

Czy zostało trochę miejsca na obiad? No trochę zostało. Po powrocie ledwo zdążyliśmy jeszcz zrobić zakłady: schabowy czy naleśniki? Królowie talerza i arcymistrzowie niejadków coraz wyraźniej się zarysowują, ale tę klasyfikację pozwolimy sobie zostawić w tajemnicy. Po krótkiej przerwie – (prawie) zgodnie z harmonogramem – ruszyliśmy na trening. Najpierw trzeba było trochę  zamieszać – tak jest - berki. Potem młodsze skrzaty ścigały się z piłką wokół toru wyścigowego, że aż się dymiło! Starsi skupili się dziś na jednym ze zwodów – tzw. scissorze. Na koniec – mecze. Zaangażowanie? Pełne! Od pierwszego gwizdka do… no dobrze, pierwszy gwizdek był, ale ostatni zastąpiły krople deszczu, które zagoniły nas do szatni.

Tam, w cieple i spokoju, dokończyliśmy ewentualne resztki obwarzanków (żeby nie trzeba było się nimi przypadkiem dzielić w domu – sorry, były za dobre:-) i czekaliśmy na rodziców. A jutro? Wielki finał – ostatni dzień turnusu i Turniej Holenderski. Będzie się działo! 


Piątek Dopiero ostatni dzień, przywitał nas śmielszymi promykami słońca. W szatniach jednak od samego rana unosiło się coś szczególnego. Coś innego. Wyczuwali to trenerzy. Wyczuwali to zawodnicy. Twarze chłopców miały nowy wyraz – więcej skupienia, więcej napięcia. Patrząc kątem oka, wydawało się, że był tam zarys zaciętości – jakby każdy czuł, że coś się zbliża. Nieuchronnie.

Spróbowaliśmy rozładować to napięcie, ale... czy to w ogóle było możliwe? Poranny rozruch rozpoczęliśmy od gier 1x1 i konkursu uderzeń ze stałych fragmentów. Większość piłek trafiała do siatki, co mogło być tylko jednym: zwiastunem nadciągającego gradu. Gradu bramek. W klimat wpisał się turniej w golfa piłkarskiego – finałowy akcent poranka, gdzie każde uderzenie musiało być idealnie wymierzone. Celność. Kontrola. Skupienie. Wszystko w jednej, wydawało się niewinnej zabawie, ale mającej odpowiednio przygotować do dzisiejszej rozgrywki.

Naładowani porcją ulubionych gruszek wróciliśmy na boiska. Znając temperament naszych zawodników, postanowiliśmy, że w Turnieju Holenderskim skrzaty wystąpią w dwuosobowych drużynach. Drybling, indywidualne akcje, pełna kreatywność. Miał być to przepis na wielkie widowisko - I nie zawiedliśmy się. Już pierwsza runda potwierdziła jedno: kalkulacji nie będzie. Miał być grad? Był. Huraganowe ataki rozciągały się od pierwszego do ostatniego pola gry. Duch ułańskiej kawalerii przemierzał miniboiska. Hasło dnia? „Skoro oni strzelili nam sześć, to my im siedem!”

tej pierwszej fazie rozegraliśmy aż 10 kolejek – więcej niż niejedna seniorska drużyna zdoła zagrać do połowy października. Nasze skrzaty ogarnięte amokiem rywalizacji były jednak niewzruszone natężeniem gier. Energia nie znikała. Obiad? Po co komu obiad? A jednak udało się młodzież zaciągnąć do stołów. W menu – rybka. Lekka, pożywna, dokładnie taka, jakiej potrzebuje wojownik przed finałem bitwy.

Druga seria gier różniła się tylko jednym – poziom „luzu” i finezji osiągnął nowy poziom. W niektórych meczach padało nawet 12 bramek! Dobrze, że końcowe wyniki miał podliczyć komputer, bo trenerom skończyły się palce do liczenia punktów, a notatki przypominały szyfrogram. Po każdej kolejce cienie niepewności pokrywały sztuczną murawę. Czy mam więcej punktów niż kolega? Które miejsce zajmuję? Ile bramek muszę jeszcze zdobyć? Pytań przybywało szybciej niż goli. Recepta była tylko jedna – grać o każdą bramkę do ostatniego gwizdka. Gdy kurz po ostatnim meczu jeszcze opadał, nasz superkomputer kwantowy rozpoczął analizę danych. My w tym czasie próbowaliśmy go przegonić i w ekspresowym tempie uprzątnąć cały sprzęt. Wynik rywalizacji: komputery vs. ludzie – 0:1.

Finałowa gala odbyła się na jednej z trybun. W tle rozgrzewali się seniorzy przed sparingiem z Sandecją. Zanim jednak rozpoczął się mecz, poznaliśmy tryumfatorów turnieju. W najmniej licznej, najmłodszej kategorii rocznika 2020 triumfował Stasiu Staszkiewicz. Mimo że rywali było mniej, to rywalizacja wcale nie była mniej wymagająca – dlatego brawa były gromkie i zasłużone. Wśród zawodników z rocznika 2019, po zaciętym boju, zwyciężył Olek Stanek. Punktował regularnie od pierwszego meczu do ostatniego – jak zawodowiec. Jeśli chodzi o najstarszą kategorię… To nazwisko pojawiło się już w notesach skautów po pierwszym turnusie. W gronie laureatów do starszego brata dołączył Antek Gorzan, który zwyciężył w rywalizacji rocznika 2018 i zgarnął tytuł najlepiej punktującego zawodnika turnieju. Geny? Ciężka praca? Może jedno i drugie.

Choć rywalizacja była ważna, przez cały tydzień tworzyliśmy jedną drużynę. Dlatego każdy członek drużyny otrzymał na zakończenie pamiątkowy dyplom – niech przypomina o tych dniach pełnych emocji, śmiechu i sportowej pasji. Kiedy dzieci pakowały się już do wyjścia, na jaw miała wyjść jeszcze jedna tajemnica. W trakcie pierwszego turnusu odwiedzili nas zawodnicy pierwszego zespołu Wieczystej. Wiedzieliśmy, że rewanż musi nastąpić. I ten dzień nadszedł właśnie dzisiaj. Mamy nadzieję, że mogliśmy dodać trochę otuchy w ostatnim sprawdzianie przedm sezonu I ligi, wyprowadzając naszych idoli na boisko. Nasza drużyna pokonała Sandecję 3:0 więc chyba okresy przygotowawcze i seniorzy i My przepracowaliśmy solidnie.

Betclic 1. liga –   nadchodzimy!