Obozy Letnie 2025 - Sobotni epilog

Obozy Letnie 2025 - Sobotni epilog

No i stało się – tydzień minął z odrzutową prędkością. Ani się obejrzeliśmy, a obozy w Powroźniku i Dębicy przeszły do historii. Przez ostatnie dni solidnie pracowało i bawiło się aż 97 zawodników z naszych grup dziecięcych i młodzieżowych. Mamy nadzieję, że czas podobało wszystkim podobało się co najmniej tak jak nam.


Sobota - Trampkarze i Młodziki wracają do domu

Uczestnicy obozu w Powroźniku w sobotę mogli już cieszyć się domowym śniadaniem w gronie rodzinnym. Dębicka ekipa miała przed sobą jeszcze kilka punktów w planie – posprzątać pokoje, najeść się na drogę i zapakować wszystkie rzeczy do autokaru. Wszystko przebiegło wzorowo: pobudka bez ociągania (mimo tygodnia ciężkiej pracy), pokoje wysprzątane prawie na błysk, a śniadanie… zniknęło w mgnieniu oka. Trasa do Krakowa? Ekspres – 1h33’, a na miejscu czekało gorące powitanie, idealnie pasujące do upalnej pogody.

Za nami seria treningów, sparingów, wspólnych zabaw i rozmów – nie tylko skupionych wokół piłki. W takiej grupie i w takiej atmosferze człowiek ma ochotę działać bez końca. Dziękujemy wszystkim, którzy przyczynili się do stworzenia tak wyjątkowego czasu. My już myślami przy zimowych feriach… ale póki co każdy zasłużył na odpoczynek. Przynajmniej jeden dzień. ????


Piątek

Powroźnik Kto rano wstaje...

Czy to kogut zapiał? Czy to budzik dzwoni? Jeśli któryś z trenerów liczył, że w ostatni dzień uda się trochę dłużej pospać, to dzieciaki szybko go z tego błędu wyprowadziły. Od bladego świtu padały pytania: „czy można już schodzić do autokaru?”,  „o której będziemy w Krakowie?”,  „Gdzie są moje skarpetki?”. To ostatnie faktycznie nie wpisywało się w klimat, ale było jakże ważne w kontekście dopychania walizki.

Śniadanie poszło ekspresowo. Chyba wszyscy spieszyli się… do sprzątania pokoi albo, żeby odebrać telefony po zdaniu pokoju. A propos zdawania pokoi – porządek w nich był, jak na obóz, naprawdę budujący, zdarzyło się zaledwie kilka drobnych wyjątków.

9:15 podjechał autobus. Tempa pakowania nie powstydziłby się żaden pitstopowy team formuły 1. Stoper wyłączony o 9:28. Tym razem bogowie podróży byli łaskawi. Bez korków, bez wypadków, bez zbędnych przystanków – prosto do Krakowa, gdzie już czekali stęsknieni rodzice. Kolejny udany obóz za nami. Z taką ekipą dzieciaków, zawsze jesteśmy gotowi do wyjazdu!

Dębica – sparingi, pogrom trenerów i ostatki

Jak najlepiej zamknąć mikrocykl? Ano meczem! Tak też robiliśmy. Trampkarze rano zmierzyli się w sparingu z Beniaminkiem Krosno. Jak się spodziewaliśmy, ciężko było nam utrzymać równy poziom gry na przestrzeni całego spotkania, trudy wyjazdu dały znać o sobie i po dobrym początku widać było wyraźny zjazd, ale lekcje i tak wyciągnięte. Na ogromne wyrazy uznania zasłużył za to sędzia, który, jeśli kiedyś znudzi mu się trenerka, to spokojnie może powalczyć o angaż na największych turniejach.

Popołudniu trening odbywał się na obiektach hotelowych. Było trochę rozbiegania w formie, która podobno bardzo pozytywnie wpływa na pamięć, a później dużo czasu na piłkarskie zabawy i konkurs rzutów karnych. Pojawiła się też odnowa biologiczna, na mini-basenie przy boisku.

Młodziki swój dzień zaczęły od treningu na wesoło. Na rozgrzewkę jeszcze zmieściliśmy ćwiczenia doskonalące celność podań, kompaktową obronę i pojedynki 1v1 oraz 2v2, za to później koniec odbyły się zawody „TurboKozaka”. Wśród konkurencji znalazły się: żonglerka, poprzeczki, wkrętki z rogu i tzw. „two-touch”. Wygrał Oliwier Hudziak, choć w żonglerce błysnął też Janek Ziaja – ewidentnie jest potencjał na piłkarskiego freestyle’owca.

Po obiedzie partyjka już tradycyjnego Uno (z ewidentnie zawiązaną spółdzielnią przeciwko Trenerowi Bartkowi). Ale to miało wyczyścić głowy przed ostatnim sparingiem z DAP-em Dębica. Mecz przypominał rollercoaster: przez chwilę przegrywamy, przez chwilę prowadzimy, by finalnie sprawiedliwie obie drużyny pogodził remis. Trzymamy kciuki za chłopaków z DAP-u, którzy zderzyli się głowami, aby nie pojawiły się żadne dolegliwości, ale obaj wyglądali na twardych zawodników więc jesteśmy dobrej myśli.

Wieczorem kolacja z gruzińskimi smakami, rewanżowy mecz tenisa stołowego (tym razem nad przebiegiem czuwała niezależna komisja etyczna, a Wiktor wziął rewanż na Trenerze Mateuszu) i podsumowanie obozu z wręczeniem wyróżnień. Oprócz wspomnianego już Turbokozaka, gromkie brawa otrzymały nasze „czyściochy”. Wśród młodzików Wiktor Kaczmarczyk, Tymon Woźny za pokój utrzymany, jak w wojsku oraz wśród trampkarzy Franek Kobielski, Adam Klimczyk, którzy starali się jak mogli dorównać tak wysoko wytyczonym standardom. Pakowanie też już prawie zakończone. Nasłuchujcie, wypatrujcie nas jutro, bo kurs powrotny do Krakowa obieramy tuż po 9:00.


Czwartek

Powroźnik – holenderski styl i „we are the champions”

Ostatni pełny dzień wyjazdu wiec ruszyliśmy z grubej rury – W Janosiku losowaniu numerówwych i odprawa techniczna zawodników, a w terenie już przygotowane 6 boisk… 3, 2, 1! Turniej Holenderski czas zacząć. Formuła dobrze znana i lubiana z naszych zajęć wakacyjnych. Rywalizacja toczyła się w 3 grupach. Rozgrywki trwały aż 120 minut, a to tylko poranna sesja. Nie było słychać jednak narzekania, nie było przestojów. Byliśmy świadkami książkowej definicji stanu przepływu. Z transu wyrwał nas dopiero sygnał oznajmiający porę obiadu.

Po obiedzie zamiast o wypoczynku, zawodnicy przebierali nogami w niecierpliwości, myśląc tylko o dalszej grze. A podczas drugiej sesji nastąpiły dwie istotne zmiany. Grupy wymieniły się boiskami, a temperatura przeszła w tryb „gorące lato”. Bukmacherzy już przygotowywali kursy na zakłady, czy w turnieju padnie więcej bramek, czy zostanie opróżnionych więcej butelek wody.

Po kolacji nadeszła pora na podsumowanie obozu. Można było ustawić podium, włączyć w tle kultowy utwór grupy Queen i po kolei otwierać koperty zawierające nazwiska zwycięzców trzech konkursów. Wręczyliśmy wyróżnienia dla obozowych Czyściochów, czyli zwycięzców konkursu czystości w pokojach, najlepszą drużynę gry terenowej oraz dzisiejszych laureatów turnieju holenderskiego. Oto wyniki:

Czyściochy – Bartek Gil, Karol Kalisz, Artur Klimek

Turniej holenderski:

  • Grupa 1: Mati Orzechowski
  • Grupa 2: Kamil Ciołkowski
  • Grupa 3: Karol Kalisz

Gra terenowa – drużyna „Piłkarze” w składzie: Oskar Krzynówek, Marcel Dratwa, Wojtek Bartman, Konrad Litewka, Artur Bogdanowicz, Fryderyk Patro, Franek Woźnica

Intensywność dzisiejszego dnia nie pozwoliła na więcej. Nie wyszliśmy nawet na plac zabaw, zmęczenie wzięło górę. Ale jutro rano warto obudzić się wyspanym, żeby nic nie pozostawić w Janosiku przy okazji pakowania. W drogę powrotną mamy zamiar wyruszyć o 9:30. Do zobaczenia.

Dębica – pracowity strzelecki czwartek

W Dębicy od samego rana pogoda idealna – słońce, rześkie powietrze i energia, która pchała wszystkich do działania. W planach trochę treningowej monotonii, jedyna zmiana to roszada w kadrach trenerów, aby dać zawodnikom nowe bodźce. Ot, taki czwartek w biurze :-)  Ale jak głosi mowa-trawa: "robota musi być zrobiona”. Na porannej sesji treningowej trampkarze niemal od razu przeszli do finalizacji – mnóstwo strzałów, najpierw bez obrońców, potem w pojedynkach i grach 2v1. Bramkarze mieli swoje pięć minut… albo raczej 45. W młodzikach skrupulatne przygotowanie motoryczne, czucie piłki, zwody i dryblingi, a później także wykańczanie ataków.

Popołudniowe zajęcia treningowe to rozwinięcie pracy z poranka. Trampkarze po rozbudowanej części motorycznej, zajęli się budowanie gry w wysokiej strefie, i poszukiwaniem przestrzeni w bocznych sektorach, ale Trener Murzański zadbał o to, by bramkarze i obrońcy stawiali poprzeczkę najwyżej jak to możliwe swoim kolegom z ofensywy. Młodziki od rana pokonały drogę od jednego pola karnego do drugiego i tym razem skupili się na obronie swojej „szesnastki”.

Po dobrze wykonanej pracy, należała się odpowiednia kolacja, a wyszła wręcz znakomita. kurczak, ryż i kreat… Suplementy nam jeszcze nie były potrzebne, ale całość i tak palce lizać. Mimo że to już końcówka obozu, to siły jeszcze są gdzieś zachomikowane, bo wieczorem oprócz roli kibiców polskich zespołów przed TV, mieliśmy też pokaźną grupę, która chłopaków przeniosła się znów… na boisko do siatkówki plażowej i też na zieloną murawę. Odbył się też prawdziwy dreszczowiec w tenisie stołowym. Pojedynek Trener Mateusz vs Wiktor Kaczmarczyk co prawda zakończył się wygraną trenera, ale chodzą słuchy, że doświadczenie i nieczyste sztuczki trenerskie zaważyły w tie Breaku ;-)

Trudy dnia dały sobie znać o sobie, niektórzy niemal przespali kontrolę czystości, ale meldujemy, że porządek nadal obecny. Natomiast co do sił, to u niektórych ewidentnie energia musiała donieść zwolnienie, bo pierwsze chrapania zasłyszane były na korytarzu o 22:01.


Środa

Powroźnik - od zabawek do zabawy

Skojarzenia z dzieciństwem? jednym z pierwszych na pewno są ulubione zabawki. A teraz połączmy to z lekcją historii i techniki – taki właśnie poranek zafundowaliśmy młodym „Żólto-Czarnym” w Powroźniku, a w zasadzie w Krynicy. Wizyta w tamtejszym muzeum zabawek przeniosła nas magicznie prosto do świata zabawek naszych dziadków i rodziców. pokazała chłopakom też, że nie wszystko, czym bawili się trenerzy, miało kształt piłki-biedronki. Zbiór ponad   6000 eksponatów, w tym takie mające ponad 200 lat , robił wrażenie. O wielu świetne anegdoty opowiadał nam jeszcze Pan przewodnik. Część wyglądała dziś niepozornie, ale kiedyś wywoływała zachwyty – i, jak się okazało, dało się je zrobić samodzielnie. No to chłopaki, ręka w górę, kto potrafiłby sam zrobić swoją obecną ulubioną zabawkę? Kiedyś oczywiście było o to prościej, zabawki były dużo mniej skomplikowane, ale już samo ich własnoręczne przygotowanie mogło dostarczać rozrywki, Podczas warsztatów mogliśmy spróbować swoich sił w takim tworzeniu własnych zabawek.

Po obiedzie Trenerzy ewidentnie coś knuli. Kręcili się po ośrodku. Jeden na strychu, drugi przy kuchni, trzeci na placu zabaw, czwarty zniknął za boiskiem, ale o 15:00 wszystko stało się jasne. Rozpoczynała się gra terenowa. Kolejno na wyścig z czasem i po jak najwięcej punktów ruszały kolejne siódemki wspaniałych. Zadanie pierwsze – odnaleźć stacje na podstawie ukrytych w wierszyku podpowiedzi. Później testy, quizy, scenki aktorskie, zadania piłkarskie, współpraca w grupie, wymiana doświadczeń, trochę kreatywności… Brzmi jak przepis na dobrą zabawę. Mamy nadzieję, że faktycznie wszystkim się podobało, a ile wiedzy można było wyciągnąć przy okazji? Nawet jeśli każdy zaczerpnie dla siebie jedną rzecz, to znaczy, że misja zakończyła się sukcesem.

Wieczorem chcieliśmy jeszcze podtrzymać aurę – trochę wysiłku (choć już na oparach), trochę rozrywki, a pomóc w tym miał test koncentracji, po którym niespodziewanie rozpoczęła się mała imprezka urodzinowa. Było „Sto lat”, był „Happy Birthday to You”, było ciacho i świeczki. Mieliśmy pisać, że kameralnie, ale zaprosić ponad 40 osób na urodziny, to chyba jednak całkiem nieźle. Wszystkiego najlepszego raz jeszcze Galil.

Kto nie zasnął na imprezie… widzę, u Drogich Czytelników wyraz zrozumienia :-). Kto nie zasnął na imprezie, po emocjonującym dniu, rzucał jeszcze okiem na zmagania Lecha Poznań, ale raczej coraz więcej lamp przygasało, a chłopcy już myślami byli przy jutrzejszych treningach. Chyba trenerzy znowu coś uknują.

Dębica - Deszczowy poranek i popołudnie z gradem... bramek

Dzisiaj o poranku przywitała nas typowo angielska pogoda przez co musieliśmy szybko zmodyfikować plany. miało być linowe szaleństwo w parku, ale mokre i śliskie przeszkody kazały przełożyć plany. Ubraliśmy dłuższe korki i wybiegliśmy na zieloną murawę. Jak się później okazało, pogoda zrobiła porannego psikusa, a do popołudniowych meczów, wszystko już wróciło do normy.

Na treningu trampkarze przygotowywali się w rozgrzewce akcentując wybiegnięcie na pozycję, a w części głównej pracowali nad otwarciem gry, aby pewnie rozpoczynać swoje ataki już od własnej bramki. Plan młodzików? Motoryka z ćwiczeniami skocznościowymi w roli głównej i to, co tygryski lubią najbardziej, czyli finalizacja i gry. 

Przed obiadem trampkarze wzięli udział w grze terenowej, było widać dużo zaangażowania i chęć wygranej nakręcające rywalizację. Gra miała jednak ukryte (choć niezbyt głęboko) walory edukacyjne. Na poszczególnych stacjach dotknęliśmy tematów żywienia, nawadniania, suplementacji, motywacji oraz radzenia sobie w stresujących sytuacjach, choć ciężko było nam stworzyć symulację takich warunków w tak pozytywnej atmosferze. A propos, nie wspomnieliśmy przecież o integracyjnych aspektach naszej terenowej rozgrywki. Po obiedzie do gry terenowej przystąpili z kolei młodzicy, ale chyba zabrakło czasu na porządniejszą sjestę, bo energii tyle co u starszych kolegów wyraźnie brakło.

Kolejnym punktem programu były gry kontrolne z Wiślacką Szkołą Futbolu. Trampkarze 2011 w pierwszej części meczu przeciwko rówieśnikom dali popis gry, tworząc wiele sytuacji bramkowych i kontrolując przebieg spotkania pod własną bramką, w drugiej odsłonie, gdy skład się odmłodził na jakości spadła co prawda nieco jakość defensywna, ale z przodu dalej oglądaliśmy jogę bonito. Nasi młodzicy grali trzy tercje przeciwko rocznikowi 2012 rywali. Mecz rozgrywany był na dużym boisku i widać, że część zawodników swoja przygodę z piłką 11-osobową dopiero będzie zaczynać. Owszem, było dosyć chaotycznie, ale umiejętności indywidualne wstydu nie przyniosły, a poziom motywacji nawet przeciwnie, mógł napawać dumą.

Po meczu, pożywna regeneracyjna kolacji, na dobranockę eliminacje Ligi Mistrzów w wykonaniu Lecha Poznań, do poduszki nocne pogadanki o rozegranym sparingu i powoli mogliśmy kończyć graną środę.


Wtorek

Powroźnik - Górskie przygody

Na Beskidzie Sądeckim zapowiadał się piękny dzień. Żal było nie skorzystać i nie zacząć od razu w wysokim tempie. Chłopcy wręcz domagają się ruchu, cieszą się wzajemnie swoim towarzystwem – nic dziwnego, że wstają wcześnie i od razu jest gwarno (choć już w przyzwoitych granicach). Nie mamy zamiaru odbierać im tej przyjemności.

Poranne treningi skupione były wokół podań piłki – ale nie byle jakich, a takich, które pozwalają zdobywać przestrzeń i otwierać drogę do bramki. Tiki-taka? Fajnie. Strzelanie bramek? Jeszcze lepiej. :-) Żeby jednak nie zamknąć się w jednej dyscyplinie, wyskoczyliśmy (po dwutakcie!) na boisko do koszykówki! Nowe bodźce, nowa koordynacja i zmęczenie innego rodzaju – ale humory jak zwykle dopisywały.

Planowany basen w Muszynie zamieniliśmy na wyprawę niezbytwysokogórską – pogoda po wcześniejszych opadach nie gwarantowała pełnej beztroski. Ale nikt nie narzekał. Trasa była malownicza, a trener Paweł (z racji swojego wykształcenia) wcielił się w rolę przewodnika i botanika. Mieliśmy zabawę w rozpoznawanie drzew, przystanki przy ciekawych okazach flory oraz jeden szybki postój przy najstarszej łemkowskiej cerkwi w Polsce. Przez całą trasę napotkaliśmy na tyle interesujących krajobrazów, że z zestawu zdjęć moglibyśmy urządzić konkurs fotograficzny.

Wieczór? No cóż – ktoś mógłby pomyśleć, że dzieciaki padną po tylu atrakcjach. Nic bardziej mylnego! Poznawaliśmy lepiej siłownię plenerową i odkryliśmy... kulki śnieżne. Tak, tak – kulki śnieżne. I choć nazwa jak na sierpień niezbyt trafna, to turlanie się z górki nieźle rozkręciło emocje. Zawroty głowy trwały krócej niż mycie zębów – do łóżek wszyscy trafili celnie i punktualnie.

Dębica – pressing i plażing

Nie pamiętamy, czy Polonezy FSO były niezawodne (większość uczestników obozu w ogóle ich nie pamięta), ale my niezawodnie rozpoczynamy dzień pełni energii i zapału do pracy.

Trampkarze i młodziki podzielili się zadaniami. Starsza grupa doskonaliła wysoki pressing – bez kalkulacji, z pełnym zaangażowaniem. Nawet jeśli siły zjechały do bazy nieco szybciej niż planowano, to intensywność była godna pochwały. Tylko bramkarze mieli z tym problem – nie spodziewali się aż takich trudności ze swoim zadaniem, czyli otwieraniem i budowaniem gry od bramki, a trener Grzegorz przywiązywał do tego dziś szczególną uwagę. Nic tu nie działo się przypadkowo – każdy detal miał znaczenie.

Młodziki natomiast pracowały nad budowaniem gry w ataku, nieco bliżej bramki przeciwnika, z zachowaniem szerokości i głębi, by ułatwić podejmowanie odważnych i kreatywnych decyzji w rozegraniu. Wcześniej dużo czasu poświęciliśmy też na czucie piłki. Trening odczuliśmy w nogach, ale jak często mawiamy my i Pingwiny z Madagaskaru: „Praca. Się. Zwraca.”

Popołudnie przyniosło wyczekiwany relaks – wyjazd na basen. Pływanie, skoki do wody (synchroniczne i takie synchronicznie nienajlepsze), małpi gaj, tor przeszkód… a tam niezmordowany influencer – Staszek, który zaraził resztę entuzjazmem. Zdarzyło się nam też złapać wirusa siatkówki plażowej, którego zawlekliśmy aż do hotelu. Tam dokańczaliśmy sety rozpoczęte jeszcze na pływalni w Pustkowie.

Choć planowaliśmy odpoczywać w drugiej połowie dnia, wydatek energetyczny był spory. Chłopcy wyjątkowo zgłodnieli, więc na kolację zeszliśmy wcześniej. Dzięki temu zostało jeszcze trochę czasu, by młodziki mogły wymęczyć trenerów o mały meczyk na hotelowym boisku. Nie było sztucznego światła, więc trochę brakowało do klimatu Ligi Mistrzów, ale emocji było co najmniej tyle, co w tych rozgrywkach.

Wieczorami czasem atakują koszmary… ale u nas co najwyżej kilka pokoi może tak pomyśleć o kontroli czystości. Radzą sobie z tym jednak coraz lepiej. Gotowi na kolejny dzień? Bo my tak. Znowu będzie coś nowego.


Poniedziałek

Podobno poniedziałek nie zna litości – ale drużyny na obozach na pewno nie znają nudy. Drugi dzień dla grup w Powroźniku i pierwszy intensywny dzień pracy dla obozowiczów w Dębicy okazał się mieszanką treningowej systematyki, meczowego szaleństwa i kreatywnych aktywności.

Powroźnik – ruszyła maszyna 

W Powroźniku zadziałało coś, co podobno niektórzy nazywają "momentem kliknięcia". Rano wszyscy punktualnie stawili się na zbiórce. Nastroje i organizacja były bez zarzutu. Poziom decybeli poniżej czerwonej kreski. Czyżby Jet lag minął i aklimatyzacja zakończyła się sukcesem?

W czasie dzisiejszych treningów odbyła się tradycyjna migracja trenerów, występująca cyklicznie w czasie pory obozowej. Nie, nie chodzi o pierwsze zwolnienia po kilku inauguracyjnych kolejkach sezonu, a o świeże spojrzenie. Tematy zostały te same, ale praca nad nimi z nowymi osobami, odkrywa nowe szczegóły, a dodatkowo pozwala poczuć inny styl prowadzenia zajęć – drybling to niby drybling, ale jak się dobrze przyjrzeć, to można jeszcze poprawić ustawienie bioder i moment zmiany kierunku, wybór strefy ataku i wiele, wiele innych. 

Wymagania fizyczne, ale i mentalne chyba podkręciły metabolizm młodych organizmów aż do żółtej strefy, a wnioskujemy to z talerzy na stołówce, których już dzisiaj prawie nie trzeba było zmywać – wszystko (włącznie z dokładkami) znikało z prędkością, może nie światła, ale do bariery dźwięku się zbliżamy (i może nawet nie o samą prędkość chodzi, ale jakoś stołówka z natężeniem dźwięku nam się do tej pory kojarzyły nieodłącznie).

Po południu treningi szły na tyle sprawnie, że młodsza część grupy zyskała czas na dodatkowe aktywności:  Konkursy poprzeczek, słupków, rzutów karnych, czy trafianie w linię. Taki zestaw to chyba drugi po mediach społecznościowych pożeracz czasu. Na zakończenie dnia: rozbieganie, a raczej rozmaszerowanie metabolitów wysiłkowych spacerem wzdłuż Kryniczanki, zakończonym… oczywiście na placu zabaw – żadnego nie odpuścimy.

Wieczorem nie mogło zabraknąć atrakcji pod chmurką. Plenerowe atrakcje ośrodka, później na częściowe wyciszenie planszówki, gry, rozmowy – może i wydaje się, że dzień był luźniejszy, ale od środka widać, że maszyna już pracuje pełną parą.

Dębica – Ordnung muss sein

Zajeździe Polonez poniedziałek rozpoczął się bez obsuwy i niespodzianek. Fala pobudkowa dotarła do wszystkich pokoi, stan osobowy na zbiórce się zgadzał. Jajecznica gotowa wiec tylko trzeba było sprawdzić mocowanie uszu, żeby nie odpadły przy jedzeniu, bo już na samą myśl się trzęsły. Niektórzy zdążyli jeszcze przed przygotowaniem do treningu zebrać się na partyjkę Uno, a potem ruszyliśmy na zielone murawy. 

Młodziki rano odbyli grę wewnętrzną – 3:1 dla czarnych, dużo roszad i zmian na pozycjach. Nogi jeszcze trochę zakurzone po wakacjach, ale czucie piłki wraca z każdą minutą na boisku. Drugi trening już nie w ośrodku w Pustyni, a na świetnie i przygotowanym boisku przy hotelu. W jego trakcie duuuużo motoryki. Aż pięć stacji poświęconych było ogólnej sprawności. W drugiej części otwarcie gry i pressing. Atmosfera wprowadziła wszystkich w stan flow, poczucie czasu zostało zagubione, aż kiedy rozległ się przysłowiowy ostatni gwizdek, chłopcy nie mogli dać wiary, że naprawdę już koniec zajęć. Mało grania? to wieczorem zapraszamy jeszcze na fragmenty meczów 1. ligi na dużym ekranie w sali konferencyjnej.

Trampkarze przezornie powinni dzisiaj spożyć większe śniadanie, gdyż poranny trening poświęcony to były dwie godziny pełnego skupienia na boisku. Tematy były poświęcone działaniom w niskiej obronie, ale wcześniej – w części wstępnej – technice i sile podania. Po obiedzie odprawa taktyczna i przygotowanie do sparingu z DAP-em Dębica. Sam mecz, mimo mocnego otwarcie, jednak pod dyktando gości... siła fizyczna rywali dała im przewagę, której piłkarsko nie potrafiliśmy jeszcze zniwelować. Mimo to nasi walczyli z zębem – kilka indywidualnych wyróżnień ciśnie się na usta / palce, ale zaznaczymy tylko Marcela, który choć trzy lata młodszy, blokował strzały, odbierał piłki, wyprowadzał ataki – praca nad budowaniem swojej legendy już od pierwszego dnia.

Po kolacji trochę teorii własnej, ale też podglądanie lepszych w TV, a przed zapadnięciem ciszy nocnej kontrola czystości w pokojach. Na ogół egzamin zaliczony, ale zdarzyła się i mała reprymenda w dwóch pokojach, ale poza tym – spokój. Spokój i cisza, co można było wyczuć, bo niektórzy zawodnicy pytali trenerów, o możliwość wcześniejszego odmeldowania się na spoczynek.. My zresztą też się odmeldowujemy. Do jutra!


Niedziela.

Dębica – pierwszy dzień trampkarzy i młodzików

Autokar jak ruszył spod Chałupnika, tak gładko dotarł do Zajazdu Polonez w Dębicy – droga minęła szybciej, niż się spodziewaliśmy. Na miejscu od razu ekspresowe rozpakowanie i kontrakt obozowy omówiony i podpisany. 60 osób w ośrodku, a wszystko działa jak w zegarku – aż miło. Można było szykować się do pierwszego treningu.

Jedynym buntownikiem była jednak pogoda. Gdy wjechaliśmy na boisko, czarne chmury (te dosłowne) przyczaiły się na nasze drużyny. Ledwo zaczęliśmy rozgrzewkę, już pierwsze krople spadały z nieba, a chwilę później – pojawiły się wyładowania elektryczne. Zasada numer jeden: zdrowie najważniejsze. Mimo ogromnych chęci do pracy wracamy do hotelu ścigani przez ścianę deszczu, która i tak zmyłaby cały trening.

W ośrodku dzień trzeba było spożytkować inaczej. Trochę suszenia mokrych rzeczy, a i zdarzyło się zapomnieć domknąć okno więc i wymiana pościeli, natomiast później zajęcia edukacyjne. Młodziki przed, trampkarze po kolacji odbyli pogadanki o żywieniu okołotreningowym – teoria, która przyda się w praktyce również po powrocie do domów. Wieczorem młodziki dołożyły do planu dnia jeszcze quizy sportowe i trochę zabawy. Patrząc w prognozy, przypominamy sobie powiedzenie „co się odwlecze, to nie uciecze”. Rano nadrabiamy zaległości i wykonujemy mega robotę.

Powroźnik – żaki i orliki dzień drugi

Pobudka? A właściwie samobudka – dzieciaki wstały przed trenerami. Śniadanie połączone z treningiem koncentracji i panowania nad sobą (lub swoją umiejętnością generowania hałasu). Przy okazji musieliśmy sprostować popularny mit dietetyczny – nie, same płatki z mlekiem to jeszcze nie pełnowartościowe śniadanie :-) Ale mieliśmy kilka alternatyw, które warto było zaproponować.

Część grupy wybrała się rano na mszę, reszta od razu przywdziała stroje treningowe i pomaszerowała dzielnie na boisko. Temat przewodni zajęć: zdobywanie przestrzeni prowadzeniem i dryblingiem. Oczywiście grupa „kościelna” nie była stratna i nadrobiła w drugiej turze czas na boisku. Po zajęciach spacer przez kładkę nad rzeką do małego wodospadu. Po drodze mijaliśmy też rozpędzonych rowerzystów, ale aż tak daleko wyścig Iron Man’a z Krakowa chyba nie dotarł. A później trasa powrotna zakończona na stołówce ciepłym obiadem.

Popołudniowy trening to kontynuacja tematu prowadzenia piłki, ale z dodatkiem większej ilości zabaw w rozgrzewce i taktycznych wskazówek w grach. Podczas obozu dzieje się dużo, emocji mnóstwo, a nasi mali „Żółto-Czarni” tak się rozgadali, zdając rodzicom telefoniczne relacje (przynajmniej taka była oficjalna wersja, bo przecież nie żadne gry, czy internety), że prawie zapomnieli pojawić się na zbiórce przed treningiem. Na szczęście finalnie udało się wszystkich znaleźć. Niedzielny wieczór, to była dobra okoliczność, aby zorganizować wieczorek gier w świetlicy: szachy, UNO, „Wirus”, domino, a z dostępnych klocków Pan Architekt Maks zbudował konstrukcję, która wydawało się, że zaprzeczała prawą fizyki, ale i innym nie brakowało kreatywności.

Ważna informacja – trzeba koniecznie pochwalić dzieciaki za porządek – w pokojach za dnia i w sali po zabawach mucha nie siadała. Kolejny plusik do dziennika - na stołówce pełna samodzielność: zupy nalewane własnoręcznie, szwedzki stół ogarnięty jak w restauracji. Starsi pomagają młodszym, młodsi pomagają sobie nawzajem – drużyna co się zowie. A trochę pomocy potrzebne też było, bo – jak to w tych rocznikach bywa – pojawiły się pierwsze tęsknoty i smutki. Nic tak nie leczy tęsknoty jak wspólna zabawa więc trochę wsparcia w chwilach kryzysu, a z zabawą nie zamierzamy się zatrzymywać.


Sobota - Żak (i orlik) Start!

„Janosik” przejęty przez piłkarską bandę! Żaki i Orliki dotarły do Powroźnika.

Juniorzy już z obozu wrócili. teraz czas na młodsze grupy. Pierwszy dzień obozu żaków i orlików to od razu test cierpliwości – zaliczyliśmy mały falstart w autokarze przez korki na trasie spowodowane wypadkami. Brzmi jak przepis na chaos? A tu niespodzianka: dzieciaki z roczników 2018–2015 zdały egzamin jak starzy wyjadacze. Śmiechy, rozmowy, zero marudzenia – nawet trenerzy byli pod wrażeniem.

Po przyjeździe widać było jedno: to dopiero początek gry. Energia level 1000. Zakwaterowanie w „Janosiku” poszło ekspresowo, ale odkryliśmy też ich zdolność specjalną – głośność. Kilka krótkich przypomnień o zasadach trzeba było wprowadzić już przy obiedzie, a przecież omawianie regulaminu mieliśmy dopiero zaplanowane na wieczór. W każdym razie – rytm dnia szybko wrócił na właściwe tory.

Odpoczynek? Ha! Kto by o tym myślał. Boisko jest dosłownie naprzeciwko naszego ośrodka, więc zamiast teleportacji wystarczyło parę susów i już zielona murawa była pod naszymi stopami. Aby dobrze poznać nasz tymczasowy piłkarski dom, trzeba było sprawdzić murawę w boju. Cztery małe pola gry, szybkie mecze na różne zestawy bramek, sporo przejść i rotacji… Po godzinie z hakiem widać było pierwsze oznaki zmęczenia – ale tylko u trenerów.

Wieczorem, kiedy przyszła pora na odpoczynek… Wypo–co? Jeśli Obelix wpadł za młodu do kociołka z magicznym wywarem, to nasza grupa musiała się wykąpać w sąsiednim kociołku z Red Bullem. Berki mogłyby trwać do świtu. Atmosfera od razu chwyciła – zero podziałów na podgrupki, dzieciaki same organizowały sobie kolejne gry na placu zabaw, śmiały się, biegały i bawiły razem tak, jakby od zawsze trenowały w jednej drużynie.

Uwagę udało się jeszcze skupić na czas omawiania i podpisywania kontraktu ustalającego reguły zachowania na wyjeździe, choć iskry energii wyraźnie trzaskały jeszcze podczas wieczornej toalety. Gdyby tylko dało się zapisać ten entuzjazm na dyskietkę i wczytać go na jutrzejsze treningi – trenerzy na pewno by to zrobili. Teraz pozostała tylko próba przekonania młodych piłkarzy, że warto zdrzemnąć się chociaż na parę chwil… bo jutro zaczyna się prawdziwa praca.

P.S. Przy tym obozie ponownie współpracujemy z ekipą FootballMeeting