Zimowe obozy Młodej Wieczystej – Dzień 7 - Epilog

Zimowe obozy Młodej Wieczystej – Dzień 7 - Epilog

Zdążyliśmy wrócić z obozów zimowych jeszcze przed nawrotem zimy. W Barcicach i Muszynie ostatni poranek miał już inny rytm. Bez pośpiechu, bez gwizdka na trening. Zamiast tego walizki, ostatnie spojrzenia na pokoje, kontrola czy nic nie zostało pod łóżkiem i ciche pytania: „Kiedy kolejny obóz?”


Dzień 7

„Organizacja z Barcic, Jedność z Muszyny”

Zdążyliśmy wrócić z obozów zimowych jeszcze przed nawrotem zimy. W Barcicach i Muszynie ostatni poranek miał już inny rytm. Bez pośpiechu, bez gwizdka na trening. Zamiast tego walizki, ostatnie spojrzenia na pokoje, kontrola czy nic nie zostało pod łóżkiem i ciche pytania: „Kiedy kolejny obóz?”

Pakowanie przebiegło sprawnie – w końcu to już doświadczeni obozowicze. Pokoje zdane, sprzęt policzony, a wspomnienia… tych nie dałoby się wcisnąć do żadnego plecaka ani torby.

. . .

W Barcicach pożegnanie miało wyjątkowo ciepły charakter. Właściciel ośrodka osobiście przyszedł się z nami pożegnać, nie szczędząc ciepłych słów, co tylko potwierdziło, że przez ten tydzień byliśmy tu kimś więcej niż tylko gośćmi. Zanim jednak autokar ruszył w drogę powrotną, wydarzył się jeszcze jeden miły akcent. Na pokładzie rozbrzmiało gromkie „Sto lat!”, bo swoje urodziny obchodził Olek Walcher. Tortu co prawda nie było, ale grad życzeń i życzliwości na pewno wynagrodził niedobór cukru.

Jak podsumować pobyt w Las Vegas jednym słowem? “Organizacja”. Na boisku – niemal jak na tablicy taktycznej. Poza boiskiem – porządek, kultura i punktualność. Lepszej wizytówki zawodnicy nie mogli wystawić swojemu Klubowi.

. . .

Z Muszyną żegnaliśmy się, streszczając cały wyjazd. Pracowicie sprzątnęliśmy pokoje, spakowaliśmy rzeczy, starsi pomagali młodszym, młodsi dawali z siebie wszystko, żeby odpłacić za okazane wsparcie. Jak zawsze, w tak młodym wieku, tygodniowy wyjazd kosztuje dużo emocji, ale spłaca się to z nawiązką.

Hasło przewodnie? “Jedność”. Zawsze zależało nam na tym, aby tworzyć warunki do integracji zawodników z różnych roczników, uczyć wzajemnego szacunku i wsparcia. Nie wiemy tylko, czy kiedykolwiek udało się to w aż takim stopniu. Świetna grupa spotkała się w Kolejarzu – grupa, która pokazała, że łączy nas więcej niż piłka. Pytając trenerów o odczucia na zakończenie, najczęściej wracało jedno słowo: “duma”. Ciekawe, jakie impresje przywieźli ze sobą do domów chłopcy.

. . .

Podróże powrotne minęły spokojnie. Może i pojawiły się lekkie korki, a po tygodniowej rozłące rodzice I tak ledwo mogli wytrzymać, ale dali radę. Za nami dni wypełnione treningiem, rywalizacją, nauką i momentami, które wykraczały nawet poza nasze możliwości planowania. Sparingi, treningi i warsztaty to jedno. Wszystko, co działo się między słowami, też poza zasięgiem oczu i uszu trenerów, to drugie.

Dziękujemy wszystkim zawodnikom za postawę, zaangażowanie i energię, którą wnieśli w każdy dzień obozu. Dziękujemy trenerom za pracę i opiekę. I dziękujemy rodzicom za zaufanie. To był kolejny niezapomniany czas dla nas do kolekcji.



 Dzień 6

„Słońce świeci jak w Nevadzie, ale leżaki zostawiamy na wakacje”

Na końcówkę obozu słońce nad Barcicami rozkręciło się na dobre. Jak w Las Vegas… tym prawdziwym, w Nevadzie. Tyle że u nas zamiast leżaków trenerzy rozkładali pachołki, gumy i hantle. Tu nie ma trybu „all inclusive”, tu jest tryb „all in”. Stawiamy wszystko na trening.

Zawodnicy z pola rozpoczęli od siłowni. Tym razem trzeba było się mocno pobudzić i trochę podźwigać – akcent położony na górne partie ciała. W tym czasie bramkarze już osiągali wysokie loty w polu karnym podczas swojej wstawki. Gdy siły się połączyły, cały zespół przeszedł do pracy nad atakiem szybkim. Najpierw ciasno, mało przestrzeni i szybkie decyzje, na koniec warunki już były zbliżone do meczowych.

Środek dnia jak zwykle na odzyskanie energii przed drugim treningiem. Był też test koncentracji, żeby spociły się nie tylko mięśnie, ale też zwoje mózgowe. 

A popołudniu to, co tygryski lubią najbardziej. Na jednej połowie finalizacja, a na drugiej rywalizacja o tytuł Turbokozaka. Trochę trzeba było popodkręcać piłkę, trochę samemu się pokręcić, udowodnić, że fraza „Tobie, to karnego strzeliłbym z zamkniętymi oczami” nie jest tylko czczą przechwałką. Z drugiej strony bramkarze odpowiadali: „challenge accepted”. Oczywiście śmiechu było dużo, ale w kluczowych momentach wargi wyraźnie przygryzione. Zabawa zabawą, ale rywalizacja o tytuł była zacięta.  Najlepiej punktującym – jak miało się okazać już wieczorem – Kamil Grzyb. Wśród bramkarzy najszczelniej zamykał dostęp do bramki Bolek Dudek.

Po kolacji przyszedł czas na podsumowania. Trenerzy każdemu zawodnikowi poświęcili chwilę na indywidualną rozmowę, ale kilka rzeczy trzeba było zaznaczyć na ogólnym forum. Może jutro zdradzimy więcej. Dzisiaj dodamy jeszcze, że najczystszy pokój w trakcie obozu po raz 78. z rzędu należał do braci Kaczmarczyków. Wyróżnienie i szczególne podziękowania otrzymał też Kuba Fajto za pierwszy obóz z „Żółto-Czarnymi”.

Jutro tylko epilog. Większość walizek została spakowania już dzisiaj. Po śniadaniu ostatnie porządki, wracamy do Krakowa i przywozimy mnóstwo nauki i wrażeń :-)   

. . .

„Zabawa na ostatki”

Kto rano wstaje… Dzisiaj znowu wcześnie na nogach, bo i trening młodzików już o 8:30. Jednak nie forsowaliśmy tempa. Dzisiaj starsza grupa odbyła poranne zajęcia w hali. Coś innego na (prawie) sam koniec. Demokratyczną decyzją, postawiliśmy na sporty uzupełniające, a konkretnie na koszykówkę. Miało być lekko, śmiesznie i rekreacyjnie… no i było. Tylko że piątek 13-go dorzucił swój scenariusz. Zamiast kina familijnego wyszła lekka tragi-komedia, bo kontuzji doznał… Trener Bartek. Współczucie zawodników było szczere, ale – jak to w piłkarskiej szatni – szyderka obowiązkowa. Najważniejsze, że żaden kluczowy zawodnik nie wypadł przed meczem;-)  W tym czasie młodsi chłopcy przejęli boisko i trenowali na świeżym powietrzu. Podstawowymi założeniami były przyjęcia z półobrotem i komunikacja. Dużo biegania, dużo mówienia – akurat z tym nigdy nie było problemu.

Po obiedzie wróciliśmy już do futbolu pełną parą. I to w jakim stylu! Miniturniej? Nie, to zdecydowanie był maxiturniej – na murawie zameldowali się zawodnicy wszystkich roczników. Przebieg zmagań rejestrował z lotu ptaka dron więc zwycięska drużyna w czarnych koszulkach równo z końcowym gwizdkiem dopytywała o materiał video.

Młodsza grupa już chwilę później znowu grała, ale teraz poziom emocji był jeszcze wyższy, bo toczył się poważny mecz przeciwko drużynie Mościc Tarnów. Orliki wzmocnione muszkieterami z żaków zostawiały na boisku całe serce, a z widowni zgromadzonej na trybunach wydobywały przeogromne pokłady decybeli i pozytywnej energii. Ulubieńcem socios – Galil. Nowym członkiem sztabu szkoleniowego – Marcin Matuszewski. Adepci na operatorów drona – TrenAIR Paweł i Dawid Włoch. Zmiany, zmiany, ale możemy bez skrupułów powiedzieć, że wszystko zostaje w rodzinie.

Myślicie, że to wystarczy na dzisiaj? No skąd. Skoro ostatki, to trzeba się wybawić do końca. Wieczorem młodziki ponownie przywdziały stroje sportowe, aby zamknąć wyjazd ostatnią grą kontrolną przeciwko ekipie Beskidzkiej Akademii Piłkarskiej 2013 i 2012 – tym większe brawa dla chłopców z rocznika 2015, którzy brali udział w spotkaniu. Mimo, że wyzwanie było spore, a pressing przeciwników mocny, to widać było, że pewne nawyki w czasie obozu zostały wypracowane. Zarówno te związane z obserwacją, jak i z przyjęciem progresywnym. Młodsi koledzy nie pozostawali w tym czasie dłużni i pozdzierali nieco gardło, aby dodawać otuchy „Żółto-Czarnym”.

Wieczorem jeszcze ceremonia zamknięcia obozu. Raczej w Mediolanie zamknięcie igrzysk będzie z większą pompą, ale nam wystarczyły uściski dłoni, dyplomy i te spojrzenia mówiące: „to był dobry czas”. Dla niektórych pierwszy obóz w życiu, dla innych kolejny, ale każdy zabiera do domu coś więcej niż tylko torbę z brudnymi skarpetami. Takie wyjazdy pamięta się latami. I właśnie dlatego szkoda, że to już jutro koniec.



Dzień 5 

„Czwartek w Las Vegas na grubo”

Dzisiaj w Barcicach deser przyszedł wyjątkowo wcześnie. I to dosłownie. Tłusty czwartek zobowiązuje, więc zaraz po śniadaniu na stołach wylądowały pączki. Symbolicznie – po jednym. Tak „na smak”, żeby tradycji stało się zadość, ale żeby brzuchy i nogi nie protestowały godzinę później na treningu.

Część wstępną poprowadził Trener Oskar (mała roszada w sztabie), natomiast w rolę trenera bramkarzy ponownie wcielił się Trener Krzysztof. Jako główny temat zajęć doskonaliliśmy wysoki pressing i szybki atak po odzyskaniu piłki. Forma średnich i dużych gier zdecydowanie pasowała zawodnikom, mimo że grania w ostatnich dniach nie brakowało, widać było niegasnące zaangażowanie. Każdy chciał być pierwszy do piłki, pierwszy do pressingu, pierwszy do strzału.

Następną część dnia poświęciliśmy na odpoczynek, posiłek oraz szybką analizę przed popołudniowym sparingiem z Dunajcem Nowy Sącz. W jej trakcie Trenerzy podkreślali dobre zachowania z ligowego meczu przeciwko… Dunajcowi właśnie.

Samo spotkanie rozegraliśmy na dwie „jedenastki”. Po wczorajszym spotkaniu z Sandecją i przy wietrznej pogodzie, która zawsze utrudnia grę, byliśmy ostrożni w przewidywaniach, jak będziemy dzisiaj dysponowani fizycznie. Ciało nie miało jednak zamiaru odmówić posłuszeństwa, a i głowa nie chciała być gorsza. Organizacja gry i poziom koncentracji też stały na wysokim poziomie. No może poza dwoma wyjątkami, które kosztowały bramki. Dużo więcej jednak oglądaliśmy dobrych akcji i zachowań poszczególnych zawodników, niż powodów do narzekań. Pressing działał, przejścia do ataków były szybkie, gdybyśmy tylko lepiej kontrolowali linię spalonego, moglibyśmy mieć naprawdę wiele okazji bramkowych.

Kolacja bardzo jakościowa, widać, że chłopcy coraz bardziej dbają o swoje organizmy. W planie na dzisiaj pozostało zamknięcie dnia zajęciami w siłowni. Wykonaliśmy krótką sesję stabilizacji i mobilności, aby wspomóc regenerację. Za to z punktów dnia spontanicznych, zebraliśmy się na wspólne podpatrywanie zawodników z piłkarskiego topu. Mecze z udziałem takich drużyn jak Arsenal, Barcelona i Atletico w jednym czasie, to była prawdziwa gratka. Czy naprawdę tyle nas dzieli od tych drużyn? No dobra, jeszcze tak, ale dajcie nam jeszcze trochę czasu;-)

. . . 

„Najpierw powoli – jak żółw – ociężale, ale ruszyła maszyna w Kolejarzu”

Do tej pory w Muszynie było trochę jak w cytacie Pana Łazuki w jednym z polskich klasyków: „Tak wcześnie, to mnie nawet we Wronkach nie budzili”. Ale dzisiaj mogliśmy sobie pozwolić na dzień lenia, przynajmniej o poranku, bo trenerzy nie mieli zamiaru pukać do drzwi przed 8:00:-) A że nasza tura na boisko przypadała późno, to po śniadaniu zdążyliśmy przejść do części rekreacyjnej i podejść do stołów, niektórzy przy bilardowych, a inni przy tych do popularnego „ping-ponga”. Przy stole bilardowym zresztą doszło do mega niespodzianki – podwójne zwycięstwo zawodników nad trenerami, zarówno w superpucharze indywidualnym jak i zespołowym… I kto tu lepiej znosi sportową presję?

Na porannym treningu zrobiło się już zdecydowanie mniej leniwie. Młodziki mogły dostać choroby morskiej na suchym lądzie od śledzenia lotu piłeczek tenisowych, a kiedy piłeczki odstawiliśmy i tak szło o zawrót głowy w trakcie gier zadaniowych, kiedy cały czas należało obracać się to przez jedno, to przez drugie ramię i kontrolować co się dzieje praktycznie w każdej części boiska.

Najmłodsi – żaki i część orlików – wybrali się wyjątkowo na małą wyprawę na trening do innej hali bliżej centrum Muszyny. Starsze orliki trenowały już na zewnątrz. Pogoda prawie wiosenna, więc aż chciało się biegać. Szybkość reakcji, gra skrzydłami, dryblingi i pojedynki sam na sam. A na koniec konkurs wolnych – może rośnie nam nowy Beckham albo Juninho?

Popołudnie przyniosło coś zupełnie innego. Zamiast piłki – spacer. Może zimą nie brzmi to jak oczywista atrakcja, ale… czasem najważniejsze jest nie gdzie, tylko z kim. Rozmowy, żarty, zdjęcia i moment, żeby po prostu spędzić czas razem inaczej niż zwykle.

Na kolację weszliśmy niemal z marszu, lekko spóźnieni, ale nadrabialiśmy tempem jedzenia – rekordzista opustoszył pięć talerzy spaghetti (tak, dzisiaj kierunek włoski), zanim niektórzy w ogóle zdążyli zauważyć, że miał coś przed sobą na stole. Po posiłku znów był czas na gry świetlicowe, aż ktoś podpatrzył transmisję meczu Atletico  - Barcelona. Sympatie klubowe były zdecydowanie bardziej po stronie katalończyków więc chyba nawet niektórzy się ucieszyli, że wraz z końcem pierwszej połowy należało już się udać do pokojów. Energia sama się nie naładuje



Dzień 4 

„Na pełnych obrotach, a później wrzucamy na luz”

Leniwy poranek w Barcicach mógłby uśpić niejedną ekipę, ale nie nas. Cisza na korytarzach była tylko pozorna – w głowach zawodników już od śniadania krążyła jedna myśl: dzisiaj gramy. Autokar do Zawady ruszył punktualnie, a im bliżej ośrodka treningowego, tym atmosfera robiła się coraz bardziej meczowa. Szybkie przebranie, krótka odprawa, rozgrzewka na wysokich obrotach – wszystkie śrubki dokręcone, jesteśmy gotowi. Czas na pierwszy gwizdek.

Pierwsza połowa? Bardzo solidna robota. Realizacja założeń w obronie i w ataku wyglądała tak, jakby ktoś przeniósł fragment treningu prosto do meczu. Ciężka praca z ostatnich dni zaczęła procentować – pressing, asekuracja, odwaga z piłką. Wszystko na swoim miejscu. Po przerwie Sandecja, reprezentująca poziom CLJ, weszła w mecz mocniej, ale my nie spanikowaliśmy. Właśnie wtedy przydały się wczorajsze szlify z obrony niskiej. Pod własną bramką czuliśmy się bardzo pewnie i prezentowaliśmy się dojrzale jak chyba nigdy dotąd. Dopiero z czasem zaczęliśmy się odgryzać, ale robiliśmy to skutecznie.

Szybka analiza, pierwsze wnioski, notatki w zeszytach trenerów. Dzięki Sandecji za wartościowe granie – takie mecze uczą najwięcej.

A potem… czas na regenerację. Aquacentrum było dla nas jak pit-stop Formuły 1 po kilku mocnych okrążeniach. Najpierw jacuzzi i masaże wodne – mięśnie powoli oddawały cały wysiłek. Niektórzy uskutecznili nawet lekkie rozpływanie. No i oczywiście zjeżdżalnie – bo profesjonalista profesjonalistą, ale dzieciak w środku zawsze wygra. W drodze powrotnej do Las Vegas tempo wyraźnie spadło. Obiad, chwila ciszy, drzemka. Jedni naprawdę spali, inni po prostu ładowali baterie rozmową i cieszyli się wspólnym czasem.

Wieczorem jeszcze pożywka dla umysłu, czyli warsztaty dotyczące widzenia w tak dynamicznym sporcie jak piłka nożna. Oprócz tego, treści spotkania nawiązywały też do jakości snu - najważniejszego czynnika regeneracji… i tutaj zaczęły się schody. Spanie może mieć różną jakość, a jest, też wśród naszych graczy, taki nawyk związany z telefonami, który na tę jakość snu bardzo niekorzystnie rzutuje. Mamy nadzieję, że udało nam się zainspirować przynajmniej kilku zawodników, aby spojrzało na temat inaczej niż do tej pory.

I może coś w tym było, a może to wewnętrzne baterie chłopaków, a nie telefonów tym razem zadecydowały, że pora zgasić światła wcześniej

. . . 

"Czy te pokłady energii nie mają końca?"

Młodziki w Muszynie trzymają poziom. Nagroda w postaci późniejszej pobudki? Teoretycznie prezent. W praktyce… i tak większość była gotowa do działania wcześniej. Profesjonaliści nie marnują czasu – kilka pompek z rana i organizm działa lepiej niż po espresso.

Młodsze grupy postawiły dziś na więcej zabawy w treningu. Berki, gry ruchowe, „funny games”, ale wszystko sprytnie przemycone pod tematy szkoleniowe. Trochę śmiechu, trochę rywalizacji – a efekt? Zmęczenie fizyczne i natłok wrażeń odsunięte na bok. Głowa wyczyszczona, a robota zrobiona. Idealna kombinacja.

Żaczki i orliki w "Kolejarzu" trzymają się mocno. Niestety wyższa intensywność w treningach młodzików dała o sobie znać. Mimo dużych chęci, odporność nie nadążyła. W tym wypadku Antek i Kuba wcześniej musieli wrócić z obozu. Nie chodzi o to, żeby robić coś na siłę, czy nadwyrężać zdrowie, ale cieszymy się, że mogli z nami przepracować i wspólnie bawić się przez pierwszą część wyjazdu.

Wracając jednak na boisko, starsza grupa systematycznie rozwija umiejętność obserwacji, otwartą pozycję ciała do przyjęcia piłki. Dzisiaj mocniej połączyliśmy to z konkretną fazą gry. Rozpoczęliśmy od fundamentu, czyli od otwarcia ataku. Mecz często zaczyna się od jednego, pierwszego, dokładnego podania. I właśnie tam trzeba być najbardziej czujnym.

Dzisiaj na stołówce kuchnia polska – energetycznie, choć niektórzy ewidentnie wolą smaki z zagranicy, to nie było co wybrzydzać, paliwo trzeba zatankować. Drugi trening oczywiście pod znakiem solidnej pracy drużyny, ale drużynę tworzą ludzie więc pamiętaliśmy też o tych, których z nami nie ma. Nagrane i wysłane filmiki z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia dla Krzyśka, któremu choroba pokrzyżowała plany tuż przed samym wyjazdem. Później była okazja do życzeń dużo weselszych, a głośne „Sto lat!” zaśpiewane Konradowi z okazji urodzin.

Wieczorem zmiana tematu – tym razem bez piłki i całkiem poważnie. Chłopaki z dużą dojrzałością, otwartością i super zaangażowaniem rozmawiali o SZACUNKU, o (NIE)OCENIANIU innych i o DBANIU O SWOJE GRANICE. Praca w grupach była okazją do wymiany poglądów. Była też okazją do odniesienia się do trudnych sytuacji, które mogą nas spotykać na boisku. Okazuje się, że możemy być wartościowym partnerem nie tylko do luźnej rozmowy, ale też poważnej konwersacji :-)


Dzień 3 

„Obrona wygrywa tytuły”

W Barcicach wreszcie praca od rana. Pobudka już o normalnej porze. Koniec z „wakacyjnym” wylegiwaniem się niemal do południa – czas wziąć się ostro do pracy:-)

Pierwszy trening podzieliliśmy na dwie części. Aktywacja i kształtowanie siły odbyły się w siłowni, więc kiedy wyszliśmy na boisko, mogliśmy od razu wejść na wysokie obroty i skupić się na czysto piłkarskich zadaniach. Temat dnia? Obrona niska.

Nie żebyśmy chcieli chować się za podwójną gardą – bo przecież kochamy ofensywną, atrakcyjną dla oka grę – ale mówi się, że atakiem wygrywa się mecze, a obroną zdobywa tytuły. Małe, intensywne gry idealnie nadawały się do pracy nad organizacją i reakcją na działania napastników, szczególnie że korzystaliśmy jeszcze ze świeżych pokładów energii.

Organizacyjnie wypadamy na razie TOP. Nawet w kuchni zbieramy pochwały za porządek i kulturę przy stołach. A może to miał być jednak tylko kamuflaż… Inspekcja czystości w pokojach zebrała dziś swoje żniwo. Na szczęście kapituła konkursu przyznała termin poprawkowy – i wtedy dopiero zaczęła się prawdziwa mobilizacja, żeby nie zmarnować drugiej szansy.

Drugi trening pozostał w motywie obrony niskiej, ale już w większej złożoności – gra 11 na 11 na skróconym, ciaśniejszym boisku. Tempo wysokie, decyzje szybkie, przestrzeni mało. Wcześniej solidny wycisk dostali też bramkarze – momentami aż mogło się im zakręcić w głowach.

Po kolacji (w serii „kuchnie świata” tym razem azymut na Meksyk i burrito) jeszcze jedna wizyta… w siłowni. Spokojnie – bez przerzucania ton żelaza. Postawiliśmy na gibkość, mobilność i stabilizację. Biodra rozruszane, mięśnie odblokowane, a chłopcy sami przyznawali, że taki stretching działa lepiej niż niejeden masaż. No i – kto wie – może przyda się kiedyś nie tylko na boisku, ale i na szkolnej potańcówce (rozluźnione bioderka zawsze przydatne w tańcu, a stabilność, jeżeli ktoś wolałby podpierać ścianę ;-)

. . . 

„W jedności siła”

Wczoraj wieczorem w Muszynie ktoś próbował jeszcze negocjować z ciszą nocną, ale rano nie było po tym śladu. I dobrze, bo dzień zapowiadał się naprawdę długi.

Pogoda dopisała, więc orliki dołączyły do starszych kolegów i trenowały na zewnątrz. Tylko żaczki – w kameralnej grupie – pracowały przed obiadem w hali, choć i tak znalazły wcześniej chwilę, by pokibicować starszym i pohasać w śniegu.

Orliki, korzystając z większego boiska, uczyły się dostrzegać i wykorzystywać wolne przestrzenie. Wczorajsze warsztaty z „patrzenia” w praktyce przełożone na murawę. Żaczki trenowały za to pojedynki 1v1 z rywalem za plecami, a na koniec – gra 4v2 przeciwko rywalowi nie byle jakiemu, bo przeciwko trenerom.

Młodzicy od rana postawieni w stan pełnej mobilizacji. Trening oparty na obserwacji, żeby nie przegapić żadnej okazji na grę do przodu. A gdy tylko taka się nadarzyła - szybka decyzja: przyjęcie, podanie lub prowadzenie w stronę bramki przeciwnika. Skoro już wchodzimy w pole karne, to warto zainteresować się tym prostokątem z siatką na piłki. Na popołudnie czekał już ustalony mecz kontrolny – celowniki trzeba było zatem nastawić wcześniej i przy okazji rozgrzać bramkarza.

Aż wreszcie przyszło granie.

Orliki zmierzyły się z rocznikiem 2015 Mościc Tarnów. Dwa boiska, pełne 90 minut gry i mnóstwo technicznych popisów. Mimo niekiedy słabszych warunków fizycznych, odwagi i determinacji nie brakowało nikomu. Tym bardziej przy tym co działo się na trybunach. A tam prawdziwy doping, bo młodziki zamiast odpoczywać po obiedzie, przyszły z bębnami, wuwuzelami i klubowymi barwami, robiąc atmosferę jak na derbach. Taka postawa? Szacunek.

Chwilę później sami wyszli na boisko przeciwko drużynie Tempo Rzeszotary. I tu było widać efekty treningów – lepszy przegląd pola, częstsze „skany”, dojrzalsze decyzje i coraz płynniejsze budowanie akcji. Kolejna gwiazdka do piłkarskiego CV dołożona.

Po swojej grze młodsza grupa załapała się jeszcze na dodatkowe atrakcje. Najpierw Bubble Football – czyli kontrolowany chaos, zderzenia i śmiech bez limitu. Potem Escape Room – głowa pracowała bardziej niż nogi, ale wszyscy szczęśliwie zdążyli na kolację. A po kolacji sprawdziliśmy, czy po tylu emocjach, chłopcy będą w stanie skupić jeszcze uwagę i przeprowadziliśmy tradycyjny już test koncentracji – odnajdywanie liczb. Nie dość, że skupienie utrzymane, to wyniki szybują w górę - niektórzy dobili już do 67%.

Gdy wydawało się, że dzień już niczym nas nie zaskoczy, wydarzyło się coś buduje w nas ogromne uczucie dumy. W Wieczystej nikt nie zostaje sam i zawsze może liczyć na wsparcie ludzi, którzy noszą ten sam żółto-czarny herb na piersi. Zająć się młodszym, tęskniącym za domem kolegę? Pomóc w porządkowaniu walizek i składaniu ubrań? Czego się nie robi dla piłkarskiej rodziny:-)

Jeśli dobro wraca – to naszych młodzików czeka jeszcze wiele pięknych chwil do końca wyjazdu.


Dzień 2

„Ale grają!”

Dzień jakby nieco krótszy. Wyjątkowo pierwszy trening zaplanowany był później, więc i na porządne wygniecenie łóżka zostawiliśmy więcej czasu (a niektórzy trenerzy wygniatali w tym czasie ławeczki na siłowni), by solidne śniadanie zjeść porządnie wyspani… albo porządnie przypoceni.

Trening rozpoczął się punktualnie w południe. Trener Karol poprowadził część motoryczną obudowaną elementami techniki biegu. Bramkarze popracowali dłużej z Trenerem Krzysztofem, a w części głównej – pod batutą Trenera Mateusza – zawodnicy kontynuowali budowanie i rozwijanie akcji ofensywnych.  Sporo taktyki, różne ustawienia, coaching w kierunku podań niesygnalizowanych. Batuta poruszała się w tempie allegro, ale nasi artyści nie pozwalali sobie na dysonanse. Popołudniowe granie zapowiadało się jak niezły koncert.

W czasie wolnym nasz motoryk został „wywołany do tablicy” przez kilku zawodników z prośbami o konsultacje indywidualnych programów treningowych – i to cieszy najbardziej, bo świadomość pracy nad sobą rośnie. Inni korzystali z przerwy, aby oderwać się od piłki i dla odmiany w dłoniach pojawiły się rakietki do tenisa stołowego, później z powrotem w piłkarskie realia sprowadzały nas piłkarzyki, a pełną koncentrację miała zapewnić przedmeczowa odprawa.

Odprawa, bo w ramach drugiej jednostki rozegraliśmy mecz kontrolny z rówieśnikami z Bardejova. Choć więcej minut dostali dziś nasi zawodnicy z rocznika 2012, tempo i jakość gry były bardzo obiecujące. Słowacy mimo niezłych parametrów biegowych, nie byli w stanie przejąć inicjatywy. My może nie zaczęliśmy z wysokiego „C”, ale rozkręcaliśmy się z minuty na minutę, by w finalnych aktach zamknąć rywali na ich połowie i szlifować finalizację. Może lekko wybiegliśmy poza plan treningowy, ale przynajmniej wiemy jedno – konstruować akcje potrafimy. A jeśli dołożymy jeszcze skuteczność… strach pomyśleć, takiej wirtuozerii.

Po meczu obowiązkowy szacunek dla rywala, wspólne zdjęcia i szybki marsz do ośrodka. Po pierwsze – żeby się zagrzać, po drugie – aromaty kolacji były już wyczuwalne z daleka. Tego dnia - z ziemi włoskiej do Polski – do wyboru carbonara albo pierogi. No i pierwszy medal dla naszych na igrzyskach olimpijskich – trzeba było zobaczyć. A do tego wszystkiego, sądząc po ciszy na korytarzach… dzień dał się we znaki. Kołysanka nie była potrzebna.

. . .

„Współpraca popłaca”

W Muszynie dzień zaczął się wcześnie, ale w dobrym towarzystwie nawet pobudka nie jest potrzebna – skoro można dłużej pograć z kolegami. Na intensywny dzień wiadomo: solidne śniadanie to podstawa.

Młodziki rozpoczęły od warsztatów pokazujących, że 1+1 nie zawsze równa się 2. To znaczy, w matematyce owszem. W sporcie (i nie tylko) – współpraca potrafi zwielokrotnić efekt. I właśnie ten efekt synergii był dziś tematem przewodnim. Oczywiście grzechem byłoby nie przełożyć tego od razu na trening. Już podczas rozgrzewki motorycznej trzeba było działać razem. Ćwiczyliśmy też orientację w przestrzeni, postrzeganie partnerów i rywali, a gry wymagały już maksymalnego poziomu percepcji, kooperacji i komunikacji.

Gdy na zewnątrz lekki mróz, orliki i żaki spokojnie rozkręcali przyjęcia w hali. I choć „przyjęcia” brzmiały jak imprezy, chodziło o coś znacznie bardziej piłkarskiego – przyjęcie piłki kierunkowe i progresywne, czyli takie, które od razu przyspiesza grę. Do tego motoryka i dużo grania. Jeśli u młodzików królowało „1+1”, to tutaj zaczęło się od 1x1. Później większe gry i zdobywanie przestrzeni do przodu. Paliło się pod stopami, po zajęciach Trenerzy zgotowali zawodnikom brawa za zaangażowanie – w pełni zasłużone.

Po obiedzie młodziki wróciły do tematu przyjęć, a przy okazji trening „rozglądania się” przydał się w praktyce – podczas poszukiwań kilku zagubionych piłek. Na szczęście bilans sprzętu nadal bez strat.

Młodsza grupa przed drugim treningiem wzięła udział w warsztatach szachowych. Po letnich niepowodzeniach Trener Marcin odrobił pracę domową, ciężko pracował – i pojawiło się pierwsze zwycięstwo. Tym razem aplauz wrócił w drugą stronę -  od chłopców do Trenera. Na drugim treningu tempo jeszcze wzrosło. Piłka krążyła niemal tak szybko, jak pancake’i znikały z półmisków podczas kolacji.

Wieczorem strefa rekreacji zamieniła się w strefę kibica olimpijskiego, ale to wciąż nie był koniec dnia. Na deser zostawiliśmy prezentację o wpływie długiego korzystania z telefonów na percepcję w czasie gry. Jak pracują oczy? Jak widzą blisko, a jak daleko? Jak można trenować mięśnie oczu? To oczy mają mięśnie? :-) A jak te mięśnie trenujemy telefonami?

Pytań było sporo, a ciekawość jeszcze większa. Mamy nadzieję, że oprócz inspiracji do pracy nad wzrokiem zostanie też refleksja nad świadomym korzystaniem z technologii. Przecież całkowicie z niej nie zrezygnujemy, choćby po to, żeby co wieczór przeczytać naszą relację :-D


Dzień 1

Barcice – Las Vegas, czyli gramy va banque

Do Las Vegas dotarliśmy podejrzanie szybko. Bez korków, bez przygód – jakby los już pierwszego dnia chciał nam sprzyjać. Równie sprawnie poszło rozlokowanie w pokojach, szybki posiłek i o 15:00 – bez zbędnej zwłoki – pierwszy trening. Aura powiedziała nam “sprawdzam”. Najpierw – na podpuchę - było niemal wiosennie, a skończyło się przypomnieniem, że to jednak obóz ZIMOWY – w kilka minut zrobiło się biało, śnieg nie był srogi więc z jednej strony klimatycznie, ale już pierwsze tegoroczne kolejki ekstraklasy pokazały, że trzeba być czujnym.

Na boisku od razu konkrety – budowanie akcji ofensywnych w małych grach. Najpierw techniczne wprowadzenie, a później już pełne obroty: nogi pracowały, głowa analizowała, a uszy wyłapywały każdą wskazówkę trenerów. Jednym zdaniem –  tryb obozowy aktywowany.

Po kolacji przyszedł czas na formalności – kontrakt wyjazdu podpisany, chociaż chyba nikt by się nie tłumaczył z wykroczeń jego nieznajomością, bo w kadrze niemal sami obozowi weterani. Wieczorem testowaliśmy jeszcze infrastrukturę pawilonu. Faworyci? Tenis stołowy, piłkarzyki, ale pojawiały się też dyskretne (a czasem bardzo niedyskretne) spojrzenia w stronę siłowni. Trener Karol tylko zaciera ręce – wygląda na to, że oprócz murawy, ktoś tu będzie „dźwigał żelazo”.

Las Vegas otwarte. Stawiamy wszystko na rozwój.

Muszyna – Kolejarz, czyli piłkarska rodzina w komplecie

Droga do Muszyny również spokojna, ale prawdziwe emocje zaczęły się przy podziale pokoi. Niby bez losowania z podgrzewanymi kulkami, a napięcie jak przed finałem Ligi Mistrzów. Na szczęście obyło się bez protestów – wszyscy wydają się zadowoleni. Ogromne brawa dla młodzików, którzy od pierwszych minut pomagali młodszym kolegom w rozlokowaniu. Piłkarska rodzina w praktyce – tak to właśnie miało wyglądać.

„Kolejarz” przywitał nas klasycznie, po polsku – niedzielnym obiadem. A po takim paliwie nogi same rwały się do gry. Silniki już odpalone (a że nikt nie przesadził, to brzuchy nie zaciągnęły ręcznego), a trenerzy dolali jeszcze paliwa rakietowego i zaordynowali Młodzikom grę wewnętrzną na rozruch. Intensywność wysoka i widoczny głód… głód piłki oczywiście, a wynik na styku – 3:2 dla czarnych koszulek. “Fioletowi” jednak do końca deptali po piętach. Po ostatnim gwizdku emocje dalej buzowały, w ferworze walki na boisku zostały dwie kurtki. Na szczęście wieczorem ruszyła ekspedycja ratunkowa. Misja zakończona sukcesem.

Młodsza grupa trenowała w może nie największej, ale nowoczesnej hali, gdzie chłopcy chętnie zakręciliby się wokół kilku innych sportów, nie tylko piłki nożnej. Zajęcia, mimo wszystko, skupiały się jednak wokół futbolu, ale nikt nie żałował. Po ćwiczeniach czucia piłki i wstawce motorycznej – z bardzo dużą dawką pozytywnej energii – także dużo czasu zaznajamialiśmy się z każdą klepką parkietu w formie GRY.

O tym, że życie obozowe potrafi pochłonąć, to wiemy od dawna, ale żeby już przed pierwszą kolacją złapać spóźnialskich?! Oj, nie przystoi – jeśli ktoś bardzo chce być dyżurnym, wystarczy poprosić Trenerów ;-) Po kolacji omówiliśmy dokładnie kontrakt wyjazdu więc już oficjalnie nikt się nie wykręci, że nie pamiętał o zasadach. Mamy to na piśmie… I tu dygresja – przyszli piłkarze, zdecydowanie powinni potrenować składanie autografów, przy takich tłumach fanów trzeba uwijać się szybciej :-D

Wieczór upłynął pod znakiem integracji różnych – od tenisa stołowego, przez tradycyjne już Uno, do zapomnianej już w niektórych kręgach kultowej ”gatki-szmatki”. My tu gadu-gadu, a niepostrzeżenie nadszedł czas ciszy nocnej. Większość zaprawiona w bojach, ale zobaczymy jeszcze komu emocje związane z wyjazdem nie pozwolą tak szybko zasnąć.

Jutro widzimy się na kolejnej stacji naszej przygody.