Każda dobra historia potrzebuje odpowiedniego finału. Dla nas najlepszym finałem zajęć wakacyjnych jest już tradycyjnie piątkowy turniej holenderski. Oj, strasznie szybko minął nam ten tydzień, a przecież tyle w jego trakcie zdążyliśmy zebrać doświadczeń, tyle się nauczyć i bawić.
Piątek
Dzisiaj już wszystko skupiało się wokół piłki. Mieliśmy się przekonać, kto najwięcej wyciągnął z ostatnich dni. Nie tylko pod względem piłkarskim. Liczyły się również zaangażowanie, współpraca, determinacja i gotowość do pomagania drużynie – nawet jeśli za chwilę miało się zagrać... przeciwko tym samym kolegom.
Przed turniejowymi emocjami, trzeba było odpowiednio przygotować ciało do intensywnego wysiłku. Rozgrzewka upłynęła pod znakiem doskonalenia panowania nad piłką. Oczywiście nie zabrakło przy tym zabawy, ale tym razem cel główny był jednoznaczny – jeszcze lepsza technika, jeszcze większa swoboda z piłką przy nodze.
Przez większość rozruchu towarzyszył nam lekki deszczyk, kiedy schodziliśmy pod dach, rozpadało się już na dobre. Mogliśmy się tylko uśmiechnąć – murawa do gry będzie idealnie zroszona :-) My tymczasem odebraliśmy wiadomość z obozu w Austrii. Kontrakt dotarł na miejsce. Transfer będzie można już niedługo domknąć i oficjalnie ogłosić, a my - w ramach podziękowania za bezbłędnie przeprowadzoną operację otrzymaliśmy pewną obietnicę... Będziemy ciężko pracować, żeby z niej skorzystać.
Teraz przyszedł czas na losowanie miejsc wych przed turniejem i wyjaśnienie jego zasad. Podzieleni na dwie kategorie – młodsi 3v3, starsi 4v4, w każdej rundzie mieliśmy grać w innych składach i zbierać punkty nie tylko za remisy i zwycięstwa, ale też za każdego strzelonego przez drużynę gola. Najciekawszym było, że przy ciągłych zmianach składów, każdy liczył punkty dla siebie, bo na koniec dnia wybrany mógł być tylko jeden MVP w każdej z kategorii.
Gdy wychodziliśmy na boisko z nieba już nie padało, padać miały gole. I to w dużej ilości. Wszyscy gotowi? Na miejsca! I rozległ się pierwszy gwizdek. Już samo rozpoczęcie gry od do piłki spod własnej bramki wymuszało intensywność, a co się działo potem! Oprócz fantastycznej nauki gry, turniej był też okazją na lekcję samodzielności i organizacji. Każdy musiał sprawdzić, na którym boisku, z kim i przeciwko komu zagra kolejny mecz, musiał przygotować się do kick-off’u, a po spotkaniu, szybko przygotować boisko do ponownego i zdać raport z wyniku końcowego.
Pierwsza faza turnieju to tylko dwie kolejki. Po nich, każdy mógł spokojnie przemyśleć taktykę na pozostałą część rozgrywki, posilić się gruszką, odpowiednio nawodnić, poprawić (dosznurować) obuwie. Po takiej przerwie rozpoczynaliśmy drugą, najdłuższą fazę turnieju. No i tu dopiero się działo! Obserwowaliśmy prawdziwy festiwal cieszynek, którego nie powstydziłaby się drużyna Groclinu z początku wieku, ani islandzki Stjarnan FC sprzed kilku lat. Świetne dryblingi, kilka ciekawie rozegranych akcji kombinacyjnych. Nic, tylko wygodnie zasiąść w fotelach i sięgnąć po popcorn.
Skoro już przy jedzeniu jesteśmy, to musieliśmy zrobić przerwę na obiad, sami pewnie nie zorientowalibyśmy się w ferworze walki, że trzeba coś zjeść. Po zupie i naleśnikach nikt nie chciał długo czekać tylko od razu wracać na boisko. Ostatnia 4-rundowa część turnieju nadal była intensywna, o zmęczeniu mógł jedynie świadczyć fakt nieco większej liczby niedokładności. Zrobiło się ponownie cieplej i czasami nogi się nie słuchały, przez co zdarzyło się nawet kilka fauli. Atmosfera przez cały tydzień była kapitalna więc, dlatego o złej krwi mowy być nie mogło. Szybka piątka i sportowa walka o kolejne bramki.
12-rundowa bitwa dobiegła wreszcie końca. Niby każdy wiedział ile goli strzeliły jego drużyny, ile razy wygrywał i remisowały, ale ciężko było jednak ocenić, kto będzie liderem klasyfikacji. Przed ogłoszeniem MVP, na ceremonii zakończenia najpierw doceniliśmy wszystkich uczestników za pracę (przede wszystkim nad sobą) w czasie tego tygodnia i za wkład w to, jak szybko i sympatycznie mijał nam czas. Głośne brawa dla każdego z kolegów świadczyły, że zżyliśmy się bardzo mocno, jak na tak krótki czas.
No i w końcu można było odsłonić tajemnicę. Spośród 15 zawodników młodszej kategorii, najlepiej punktował Maks Orłowski i otrzymał tytuł MVP rozgrywek. W kategorii starszej najlepszą średnią punktową uzyskał natomiast Antek Kozłowski. Brawo, chłopaki i trzymajcie tak dalej!
Na koniec wspólne zdjęcie – już nie jako 30-osobowa grupa, ale jako drużyna – oraz gromkie życzenia dla jednego z jej członków, obchodzącego urodziny Janka. Teraz mogliśmy uznać pierwszy turnus zajęć wakacyjnych 2026 za zakończony.
Dziękujemy za każdy z ostatnich 5 dni, za każdą wycieczkę, każdy uśmiech, każde podanie, każdą bramkę, każdą cieszynkę. To zbudowało nam turnus, który będzie dla nas jednym z najmilej wspominanych. Konkurencja spać jednak nie zamierza, uważajcie bo od poniedziałku pałeczkę przejmują skrzaty i orliki.
- - - - - -
W czasie deszczu dzieci się nudzą? Podobno to była ogólnie znana rzecz, ale już raczej mocno się zdezaktualizowała. Zresztą kropel z nieba nie spadało za wiele, za to przyjemniejsze powietrze po kilku upalnych dniach wyraźnie dodało wszystkim energii.
A skoro energii było pod dostatkiem, trzeba było ją dobrze spożytkować. Poranny rozruch zamienił się w wielką zabawę. Berki, Strażnicy galaktycznych skarbów, czy Wyspy pirackie – jak to pozwolimy sobie skalkować Anglosasów – zrobiły nam dzień. Dzieciaki mogłyby tak i przez całą dobę, ale robota też musi być zrobiona.
Bananowy zastrzyk energetyczny pozwolił nam szybko wrócić na boisko. Młodsza grupa zaczęła od gier 1 na 1, później doskonaliła prowadzenie piłki oraz technikę biegania. Następnie chłopcy wrócili do pojedynków, ale tym razem w ćwiczeniu szczególnie istotny był pierwszy kontakt z piłką i wypracowanie sobie przewagi nad obrońcą już samym przyjęciem. Ostatnia faza treningu poświęcona była na dynamiczne przejścia z ataku do obrony, najpierw formie zadania strzeleckiego, a sesję treningową kończyła gra 2v2 z bardzo często i szybko zmieniającymi się parami zawodników na boisku. W teorii wydawało się, że zawodnicy będą schodzić z murawy na czworakach, ale oni nie chcieli z niej schodzić w ogóle, bo w praktyce gry było dla nich ciągle za mało. Tempa nie wytrzymywały nawet korki, które kilka razy spadały z nóg i twierdziły, że już robić nie będą, ale nasi chłopcy pozostawali niewzruszeni.
Starsza grupa też nie zamierzała się oszczędzać. Po rozgrzewce z elementami innych dyscyplin sportu i odrobiną dobrze znanej „szkolnej” gimnastyki, przyszła pora na wyścigi, takie do gier 1 na 1 żeby być bardziej precyzyjnym. Zaplanowane na później gry falowe śmigały aż miło. Szybkie tempo, dużo strzałów przełożyło się też na grę końcową, a że dzisiaj cały czas pod obstrzałem były te duże bramki, to wyszło meczycho stawiające na naprawdę ofensywny futbol. Oby tak też było jutro!
Może nie odczuwaliśmy jeszcze wyraźnie wysiłku po pierwszej części dnia, ale w nogach na pewno zostało już trochę kilometrów. Po obiedzie zwolniliśmy więc tempo. Był czas na gry planszowe i ostatnie przygotowania do gry terenowej. Życie jednak lubi pisać własne, zupełnie niespodziewane scenariusze. Tuż przed godziną zero otrzymaliśmy pilne połączenie. Okazało się, że gdzieś na terenie naszego stadionu zaginął kontrakt tajemniczego zawodnika, który ma dołączyć do Wieczystej. Co gorsza, dokument należało jak najszybciej dostarczyć do Austrii, gdzie do sezonu przygotowuje się pierwsza drużyna. Sztab szkoleniowy nie miał żadnych wątpliwości. Do takiej operacji najlepiej nadają się nasi mali agenci. Można było liczyć na pełne zaangażowanie.
Mimo kolejnych prób i przeszkód napotykanych po drodze, oddziały Młodej Wieczystej konsekwentnie, wskazówka po wskazówce, zbliżały się do celu. O szczegółach opowiemy chyba dopiero za tydzień – nie możemy przecież wyprzedzać oficjalnych komunikatów ;-) Powiedzmy tylko tyle, że operacja zajęła nam nieco więcej czasu, niż pierwotnie zakładaliśmy, ale pewna przesyłka powinna właśnie pokonywać Alpy. Chyba i tak zdradziliśmy już zbyt wiele…
Ta wiadomość ulegnie samozniszczeniu za 5… 4… 3… No dobrze, żartujemy. Ale szczegóły operacji nadal pozostają ściśle tajne. O tym, czy misja zakończyła się pełnym sukcesem, przekonamy się już jutro.
A jutro przed nami przecież ostatni dzień I turnusu. Dzień sprawdzania efektów pracy, dzień podsumowań. Dzień Turnieju! Nie może Was zabraknąć!
- - - - - -
Środa
Jeśli nagramy kiedyś cover piosenki Pana Zbigniewa Wodeckiego „Lubię wracać tam gdzie byłem”, to w naszej wersji podmiot liryczny będzie śpiewał o Ogrodzie Doświadczeń im. Stanisława Lema. Dzisiejszej atrakcji byliśmy pewni, że wciągnęłaby w zabawę nawet samego Smerfa Marudę. Lekki niepokój budziła w nas tylko pogoda. Upały nam nie straszne, ale obawialiśmy się, że gdy zerkniemy za siebie, ujrzymy wyłaniający się znad horyzontu ciemny burzowy front z wymierzonymi w nas błyskawicami. Koszmary senne zostały jednak pod łóżkiem, a za deszczem… cóż, nawet troszeczkę zatęskniliśmy:-)
Chyba nie można lepiej zacząć dnia od gry w piłkę. Dzisiejsza rozgrzewka była aż tak prosta i tak wspaniała zarazem. Kto się szybciej zebrał z łóżka, dzisiaj na pewno nie żałował decyzji. Żeby później ostudzić emocje – organizmy – zafundowaliśmy sobie przekąski ze schłodzonego arbuza. A kiedy dłonie przestały się nam do kleić do wszystkiego wokół, wymaszerowaliśmy w kierunku Parku Lotników.
Na miejscu, podobnie jak poprzedniego dnia, podzieliliśmy się na zespoły i w nich staraliśmy się przejść przez wszystkie atrakcje zaznaczone na mapie Ogrodu Doświadczeń. Teoretycznie Pan Pikuś, ale czas był ograniczony, a przechodząc już koło pierwszych stanowisk z eksperymentami mogliśmy wpaść w pułapkę, niczym żeglarze wabieni śpiewem syren i zatracić się w zabawie. Miało być 30 sekund, a po 15 minutach my wciąż zakręceni, nakręceni, nad ziemią, na ziemi… jeszcze bardziej na ziemi. W ruchu wirowym wokół własnej osi, w pionie, w poziomie, rozhuśtani, przytuleni, zapatrzeni, zasłuchani, czasem nawet zastanawialiśmy się czy przypadkiem nie zaczarowani i czy to jeszcze fizyka, czy już magia. Czego te wszystkie eksperymenty z nami nie zrobiły?! Lubimy jednak takie zabawy, które oprócz samej rozrywki, uczą, zachęcają do ruchu, rozwijają wyobraźnię i sprawność. Między innymi dlatego, ta wycieczka jest naszym stałym punktem zajęć wakacyjnych od kilku lat.
Po powrocie ku pokrzepieniu czekały już m.in. pierożki – pojemniki wyczyszczone ekspresowo z wszelkich zapasów, a skoro paliwo dotankowane, to nie pozostało nam nic innego tylko ubierać korki i wychodzić na boisko. No prawie. Jeszcze trzeba było wracać po zapomniane bidony i czapki. Ale później już naprawdę, mogliśmy iść na trening.
Na obu boiskach wprowadzony został zestawwy dla umęczonych wędrowców – czyli gry w chaosie, trochę motoryki na wesoło i zabawy ożywiające, zarówno z piłkami i bez nich. Po przerwie doskonaliliśmy panowanie nad piłką, a później starsza grupa ćwiczyła szybkość z piłką w formie pojedynków, a młodsza rozgrywała nieskomplikowane, ale dynamiczne fragmenty gier.
Na koniec, na obu boiskach toczyły się większe gry i to gry ze swoimi Historiami. Na jednym rozstrzygały rzuty karne, a na drugim decyzję przy zielonym stoliku – otóż okazało się, że w zwycięskim zespole grał nieuprawniony zawodnik, ze starszego rocznika i należało zweryfikować wynik z murawy :-D. Przeoczenie kierownika przy zgłaszaniu drużyny mogło się zdarzyć, my nie chcieliśmy za to przeoczyć żadnej bramki, stożka, ani oznacznika więc dokładnie pozbieraliśmy swoje rzeczy i sprzęty treningowe, po czym wyszliśmy na spotkanie schodzącym się już pod Klub rodzicom.
W czasie zajęć wakacyjnych nie tylko trenujemy umiejętności techniczne i sprawność, uczymy się też zachowywać z szacunkiem i dbać o prządek, staramy się być coraz bardziej samodzielni, coraz lepiej współpracować i wydaje nam się, że godnie reprezentujemy barwy Klubowe. W ostatnie dwa dni tego turnusu będziemy mieli okazję zobaczyć efekty naszej pracy. Do jutra!
- - - - - -
Wtorek
Chociaż słupek rtęci nie chciał współpracować i uparcie wspinał się po kolejnych kreskach termometru, a słońce z szerokim uśmiechem spoglądało na Chałupnika, kiedy zaczęliśmy się schodzić do Klubu, to powietrze było jakby dużo przyjemniejsze niż dzień wcześniej.
Ponieważ przed nami była prawdziwa wyprawa, najpierw trzeba było się rzetelnie przygotować. Rozgrzewkę przeprowadziliśmy na boisku w formie toru przeszkód. Po takiej porannej zaprawie wsiedliśmy do autokaru i ruszyliśmy w stronę malowniczej, ale skrywającej swoje tajemnice Doliny Mnikowskiej.
Na miejscu okazało się, że zwykły spacer nie wchodzi w grę. Przynajmniej nie z nami. Chłopcy podzielili się na pięć drużyn i każda z nich otrzymała mapę z zestawem zadań do wykonania w czasie ekspedycji. Piękna sceneria, cień lasu, śpiew ptaków, nisko przelatujące samoloty… a to ostatnie chyba jednak nie, ale i tak - Jak się tu skupić na zadaniach?
Zaraz po wejściu, krótkie, ale mocne podejście kontrolne. Taki szybki test, żeby sprawdzić, jak czujemy się w górskim terenie. Niektórzy chyba liczyli na kolejkę linową, ale wszyscy dzielnie zameldowali się na górze – chyba damy radę.
Początkowo trasa była przyjemna, zdążyliśmy wykonać pierwsze zadania i dotarliśmy do charakterystycznego punktu doliny – obrazu Matki Boskiej Skalskiej, który góruje nad polaną. Przyjrzeliśmy się bliżej terenowi i przyszła chwila na odpoczynek. Rozłożyliśmy koce, wyciągnęliśmy drugie śniadanie, ale w głowie była ciągle piłka. Po przekąsce, na chwile wróciły czasy, bramek z plecaków i butelek i rozpoczęły się bardzo luźne zmagania z piłką – na szczęście Sanka tego dnia nie miała zbyt rwącego nurtu, bo wrócilibyśmy ubożsi o kilka sztuk. Dobra zabawa trwała, ale nasi młodzi zawodnicy nie zdawali sobie sprawy, że nadchodzi koniec tej sielanki.
Dalsza część trasy przypominała już konkretną wyprawę. Ścieżki robiły się coraz bardziej kręte, coraz bardziej wąskie, bardziej strome, momentami zawieszone nad potokiem. Jeśli jednym z zadań było wypatrywanie śladów zwierząt, to dostrzegliśmy kilka gęsich skórek. Lekka nutka niepewności była wyczuwalna też w czasie eksploracji jaskini. Chociaż strach nawet po ciemku (a może zwłaszcza wtedy) ma wielkie oczy, bo największym mieszkańcem groty okazała się wyobraźnia.
Ostatni przystanek na ukrytej polanie i ruszyliśmy w drogę powrotną do autokaru. Na odznakę wędrownik zdecydowanie zasłużyliśmy, trasa pokonana bez nawigacji, ale i bez pomyłki. No może zdarzył się jeden, czy drugi fałszywy krok i stopa nieco ujechała, ale jeszcze nauczymy się pewnie kroczyć i po górach :-)
Po powrocie do Klubu, czekała już nagroda na niestrudzonych wędrowców. Podobno przy upale apetyt maleje, ale po takiej wyprawie i przy takiej potrawce, wiele par uszu się zatrzęsło. Później było trochę czasu, żeby obiad się spokojnie przetrawił, a dopełnieniem dnia miał być trening.
Trenerzy zaordynowali trochę luźnych gier na początek. Kilka zabaw i wyzwań, a nawet walki wręcz pojawiły się podczas rozgrzewki motorycznej, ale spokojnie. Wszystko pod kontrolą. I nawet nie o to chodzi, że chwyty słabe, albo garda dobra. To też miało swój cel. Po przerwie powrót do piłkarskich konkretów doskonalenia techniki oraz koordynacji, a także fragmenty gier w przewagach. Po nich danie główne, czyli gry, a na deser rzuty karne… Tylko proszę deseru nie zjadać więcej niż obiadu!
Dzisiejszy dzień udowodnił jeszcze jedno. Nawet najlepsi odkrywcy czasem zostawią gdzieś czapkę, zapomną bidonu albo zaczną zastanawiać się, gdzie podziały się skarpetki. Mimo to, daliśmy radę rozwiązać wszystkie zagadki, ukończyć misję i w komplecie dotrzeć do mety. Z fajnymi wspomnieniami.
Przed jutrem jesteśmy gotowi na kolejne przygody. Obuwie na górskie przechadzki ustępuje miejsca w plecaku kurtce przeciwdeszczowej, a my nastawiamy się na odkrywanie znowu czegoś nowego.
- - - - - -
Poniedziałek
Uch – jak gorąco; Uff – jak gorąco!
No przepraszamy wszystkie dzieciaki, że na sam początek wakacji przywołaliśmy lekturę szkolną, ale inaczej chyba się nie dało:-) Pierwszy dzień zajęć wakacyjnych chciał dobitnie podkreślić, że chodzi konkretnie o urlop w tropikach. Ale skoro na mundialu piłkarze dają radę, to też poczyniliśmy przygotowania i na pewno dotrzymamy kroku.
Choć start wyznaczony był na godzinę 8:00, to wielu uczestników najwyraźniej nie mogło się już doczekać, bo pierwsi śmiałkowie zgłaszali swoją obecność już nawet pół godziny wcześniej. Czekając na wszystkich, rozpoczęliśmy spokojną rozgrzewkę z szachami, warcabami i Dobble. Kiedy pojawił się komplet na ten dzień - trzydziestu obecnych, omówiliśmy zasady bezpiecznego funkcjonowania podczas zajęć. Sporo mówiliśmy o nakryciach głowy, odpowiednim nawadnianiu, ale przypomnieliśmy też sobie o codziennych dobrych manierach i współpracy w zespole, a także o momentach, kiedy trzeba zachować szczególną koncentrację, szczególnie przy okazji wycieczek.
Pierwszy sprawdzian wytrwałości, to poranny trening. Ale, ale! Hydration breaks - rozplanowane, zapas wody – przyniesiony, kurtyna wodna - umówiona, czapki – założone, strefa wypoczynku – przygotowana w cieniu. Ready?! Get set! … no cóż, wracamy do Pana Tuwima.
Najpierw – powoli – jak żółw – ociężale. Na początek trochę pojedynków na rozruszanie, zabawy w murarza lub 10 podań, brzmiało lekko, łatwo i przyjemnie, ale trzeba było się najpierw zaadaptować. Interwał wyznaczony – co 10-15 minut odpoczynek. Czasu efektywnej gry z nie tak dawnego meczu Puszczy z ŁKS-em, może nie przebijemy, ale nie forsujemy tempa.
Drugie kwarta treningów to ćwiczenia czucia piłki i sprawdzian czujności. Przełomowe rzeczy działy się między drugą a trzecią kwartą. Nagle – gwizd!, Nagle – świst! Para – buch! Koła – w ruch! Gdyby założyć chłopakom nadajniki GPS, kiedy biegli pod zraszacz, rejestrowalibyśmy rekordowe sprinty:-) Kilka minut takiej zabawy dodało wszystkim skrzydeł. Po powrocie na boisko pojedynki nabrały tempa, a gry (3v3 w młodszej grupie, 4v4 w starszej) w ostatniej części oglądało się lepiej niż niejedno spotkanie z mistrzostw w Ameryce Północnej. Przynajmniej tutaj nikomu nie chciało się tak spać, jak w czasie transmisji zza oceanu. Krótkie wejścia i szybkie zmiany sprzyjały emocjom na boisku i ta część zajęć minęła jeszcze szybciej.
Po skończonej sesji treningowej, szybko schowaliśmy się pod dach na drugie śniadanie, a następnie kilka zabaw integracyjnych. Podczas tego turnusu mamy obecnych nie tylko reprezentantów Wieczystej, ale też kilku przedstawicieli innych krakowskich Klubów wiec tym bardziej warto się lepiej poznać.
My tu gadu, gadu, a niektórym zaczęło lekko burczeć w brzuszkach. Znak, że pora na obiad. Spaghetti okazało się trafnym wyborem. Padły nawet pytania o dokładki, ale aquapark wzywał, nie było czasu do stracenia.
Przed wejściem do wody, jeszcze krótkie szkolenie, jak bawić się bezpiecznie. Szatnia, prysznic i wchodzimy. Na widok zjeżdżalni niemal każdy biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej. Ale atrakcji oprócz zjeżdżania było dużo więcej. Chłód wody jeszcze uwolnił pokłady kreatywności i fantazji. Wspinaczki, wyścigi, wodne bitwy, rwąca rzeka, piłka wodna. Wszystkiego trzeba było spróbować. Tutaj już chłopcy nie chcieli tracić ani minuty.
Przy dobrej zabawie, jak to zwykle bywa, czas jednak pędzi szybciej niż lokomotywa. Każdy chętnie spędziłby w wodzie jeszcze i drugą godzinę, ale rodzice już się powoli zjeżdżali, a my przecież musimy mieć jeszcze siłę na kolejne dni. To dopiero początek.
Do zobaczenia, jutro czeka nas przygoda w terenie.