Zajęcia wakacyjne 2026. Turnus II - Piątek - Ostatni gwizdek

Zajęcia wakacyjne 2026. Turnus II - Piątek - Ostatni gwizdek

Cały tydzień mówiliśmy o misjach, wyzwaniach i zadaniach. Dzisiaj wszystko miało się połączyć w jedną historię. Zanim jednak mogliśmy odkryć jej zakończenie, trzeba było jeszcze rozstrzygnąć najważniejszą sprawę na boisku.


Już przed godziną ósmą przy Chałupnika zameldowała się niemal cała ekipa. Spodziewaliśmy się, że po czterech intensywnych dniach poziom energii mocno spadnie. Może i tak, ale jeszcze nie teraz. Piątkowy turniej motywował do przeszukania wszystkich skrytek na paliwo.

Losowanie numerów przebiegło zgodnie z najwyższymi standardami FIFA. Było nawet lepiej, bo nie zdążyliśmy zjeść tylu Kinder Niespodzianek, żeby ktokolwiek posądził nas o podgrzewanie kulek przed losowaniem. Niby chodziło tylko o przypisanie miejscwych, ale i tak kilku zawodnikom ręka lekko zadrżała, gdy sięgali po numerki.

Kiedy wszystko było już jasne, a oba boiska przygotowane, rozpoczęły się pierwsze mecze. Skrzaty rywalizowały na jednej arenie, orliki tuż za piłkołapem. Każda bramka mogła mieć znaczenie, dlatego każdy podchodził do rywalizacji z ogromną ambicją. Momentami oglądaliśmy prawdziwą szkołę charakterów. Trenerzy byli wymagającymi, ale cierpliwymi nauczycielami. Żółtych kartek nie pokazywali, za to trzeba było się liczyć z koniecznością wysłuchania kilka słów na „dywaniku”. Jednak żeby nie było, że emocje były tego dnia negatywne. Wręcz przeciwnie. Gdy jeszcze trenerzy ogłosili konkurs na najciekawszą cieszynkę, były momenty, kiedy nasze boiska przypominały parkiet taneczny bardziej niż stadion piłkarski.

Wszystkiemu z zainteresowaniem przyglądali się zawodnicy pierwszej drużyny oraz Ruchu Chorzów, przygotowujący się do sparingu, który miał być rozegrany o 11:00. Kilku z nich pewnie zastanawiało się, czy przypadkiem nie pomylili adresu i zamiast na Chałupnika trafili na Maracanę, Copacabanę, albo… Brodway. W każdym razie będziemy uważnie śledzić magazyny goli z Ekstraklasy i 1. Ligi, kto z nich podglądną coś dla siebie.

W porannej sesji rozegraliśmy sześć rund turnieju i przyszedł czas na krótką przerwę. Morele okazały się dla niektórych nieco za kwaśne, ale za to dostarczyły całej serii zabawnych min, niektórzy tak się powykrzywiali, że jutro zakwasy na twarzy gwarantowane. Chwilę później z koneserów, zamieniliśmy się już w kibiców.

Na trybunach zasiedliśmy tuż obok naszej niezastąpionej kibicki - Pani Grażynki i wspólnie prowadziliśmy doping podczas sparingu Wieczystej z Ruchem. Kilku orlików otrzymało wyróżnienie i mogło pełnić funkcję podających piłki. Pozostali stworzyli sektor, z którego raz po raz niosło się dobrze znane: „Wieczysta najlepsza jest!”. W pierwszej połowie bramki nie padły, za to spadł deszcz. Po przerwie wróciliśmy w nowych, bardziej deszczoodpornych strojach, na murawie pojawili się nowi zawodnicy, pojawiły się również gole. I to aż trzy, chociaż trzeciej sędziowie już nie uznali. Młodzież skwitować to mogła tylko w jeden sposób –„no cóż, błędy arbitrów są stałą częścią tego sportu”.

Obiad chyba rzeczywiście smakuje lepiej przy akompaniamencie deszczu stukającego o dach. Ryba zniknęła błyskawicznie. Na deser zaś czekała największa niespodzianka. Do naszego pawilonu przyszedł trener Adrian Frańczak ze sztabu pierwszej drużyny. Podziękował zawodnikom za odnalezienie zaginionego kontraktu i zdradził, że podpis pod dokumentem został już złożony. Rozwiązała się też zagadka dodatkowej strony, którą znaleźliśmy dzień wcześniej. Otóż była to... promesa kontraktowa.

Sztab szkoleniowy dostrzegł w czasie misji zaangażowanie, wiedzę o Klubie i postawach pożądanych u piłkarzy i przygotował dla uczestników symboliczny dokument. Trzeba było jednak jeszcze to wszystko potwierdzić w grze, w drugiej części turnieju i pamiętać o słowach Trenera Adriana, który przypomniał, że prawdziwy kontrakt nie jest przyznawany za wykonanie jednej misji, ani po jednym udanym tygodniu. Na niego pracuje się latami. Jednak jeśli ktoś zachowa taką samą pasję, kulturę pracy i zaangażowanie jak podczas tych zajęć, to kto wie... może kiedyś podpisze już nie promesę, lecz prawdziwy zawodowy kontrakt.

No to wróciliśmy na boiska, aby dokończyć turniej. I teraz wreszcie było widać, ile kilometrów wszyscy mieli już w nogach. Pressing nie był już tak intensywny i zrobiło się więcej miejsca dla dryblerów i ich indywidualnych akcji. Bramki padały seryjnie, a klasyfikacja zmieniała się praktycznie po każdej rundzie. Po zakończeniu rozgrywek zostało jeszcze trochę czasu, więc zamiast kończyć od razu... jeszcze pograliśmy. Bez tabeli, bez liczenia punktów. Dla samej przyjemności. A w tym czasie procesory przeliczały te wszystkie gole i zwycięstwa.

Na koniec przyszedł czas na dekorację. W kategorii skrzatów najlepszy wynik w całym turnieju uzyskał Staś Staszkiewicz, imponujący przez wszystkie rundy regularnością i efektownymi akcjami indywidualnymi. Wśród orlików zwyciężył Bartek Gil, udowadniając, że potrafi udźwignąć rolę jednego z faworytów, jaką wcześniej wyznaczyli my koledzy. Wielkie brawa dla obu chłopaków! Chwilę później pozostało już złożyć podpisy na promesach, stanąć do wspólnych zdjęć… poszukać zagubionych strojów i pożegnać się z kolegami oraz trenerami.

Patrząc na cały tydzień trudno wskazać jedną najważniejszą rzecz. Była piłka. Była rywalizacja. Była walka z pogodą (każdy turnus miał swoje zmagania). Było dużo nauki, ale było też mnóstwo śmiechu i mamy nadzieję, że kiedy za kilka tygodni zapytamy chłopaków o te zajęcia, najpierw przypomną sobie kolegów, trenerów i wspólne przygody, a dopiero później wyniki meczów.

Szkoda, że ten ostatni gwizdek wybrzmiał tak szybko. Dziękujemy wszystkim zaangażowanym w ten turnus. Widzimy się za niedługo.


- - - - - - 

Czwartek – Problemy? Nie, kolejne wyzwania.

Dzisiaj plany zmieniały się szybciej niż pogoda. Na szczęście kreatywności nam nie zabrakło i za każdym razem potrafiliśmy stanąć na wysokości zadania.

Jeszcze wczoraj obiecywaliśmy sobie, że odegramy się na pogodzie za wtorkową ulewę. Chyba usłyszała. Od rana postanowiła sprawdzić, czy rzeczywiście jesteśmy tacy odważni, chociaż dzień rozpoczęliśmy jeszcze pod błękitnym niebem. Poranny rozruch wyglądał niewinnie. Kilka berków, murarz oraz małe gry. Tyle że – jak zwykle – te najprostsze zabawy najszybciej stawiają wszystkich na nogi. Jeszcze chwilę wcześniej niektórzy kończyli poranne ziewanie, a po kilku minutach biegali już co najmniej na czwartym biegu i wchodzili na najwyższe obroty.

Piłkarski quiz znowu umilił nam drugie śniadanie. Odcinek drugi przywołał już plejadę klasyków światowego futbolu, chociaż pośród nich znalazł się również rodzynek dla prawdziwych koneserów. Kiedy padło nazwisko Michała Kozajdy domyśliliśmy się, że wtorkowe spotkanie z rowerzystami z Głogowa musiało zasiać piłkarską incepcję w naszym młodym dziale scoutingu :-)

Wychodziliśmy właśnie na poranny trening i wtedy zjawiła się ona. Ta jedna chmura, którą trener Krzysztof podobno obserwował na radarze od samego rana. Kilka minut później serwowała nam już całkiem solidny prysznic. Postanowiliśmy zmodyfikować plan, schowaliśmy się pod dach i orliki błyskawicznie rozłożyły szachownice i Jengę, a skrzaty otrzymały zadanie zaprojektowania nowego herbu Wieczystej. Efekt? Bardzo szybko wszyscy zgodnie uznali, że obecnego i tak nic nie przebije, więc kartki zaczęły wypełniać... sportowe samochody.

Kiedy deszcz trochę odpuścił, ostrożnie wystawiliśmy nos zza drzwi. Na próbę ustawiliśmy piłkarskie kręgle przed Klubem. I wtedy nadleciała... druga chmura. Tym razem postanowiliśmy przejść do kontrataku. Kilkudziesięciu młodych piłkarzy o zdrowych płucach jednocześnie postanowiło przedmuchać chmurę z Chałupnika. Czy to naprawdę zadziałało? Trudno powiedzieć. Faktem jest jednak, że kilka chwil później mogliśmy już wybiec na boiska.

Skrzaty rozpoczęły od pojedynków 1 na 1, a później pokonywały krótkie tory przeszkód. Mokra murawa okazała się idealnym miejscem do ćwiczeń prowadzenia piłki. Najpierw trzeba było odczytać odpowiedni "kod" złożony z ćwiczeń poznanych jeszcze w poprzednim sezonie, a później jak najszybciej przeprowadzić piłkę przez wskazane kolorowe bramki. Finał oczywiście z grą, ale z gatunku tych gier, które serwują dawkę emocji godną finału. Zaangażowanie? Level Top. Ambicja? Jeszcze wyżej. VAR miał pełne ręce roboty.

Na drugim boisku orliki także rozpoczęły od pojedynków 1 na 1, później przeszły przez krótką wprawkę motoryczną, a następnie mierzyły się z zadaniami dotyczącymi celności uderzeń. Stawka było wysoka – jeśli zawodnicy wykonaliby je odpowiednio dobrze, trenerzy mieli dołączyć później do gry. Cóż... chyba trochę sami sobie zapracowali na dodatkowe bieganie, nie doceniając skuteczności młodych piłkarzy.

Co ciekawe, przez cały trening słońce wyjątkowo postanowiło z nami współpracować. Deszcz wrócił dopiero wtedy, gdy wszyscy bezpiecznie siedzieli już przy obiedzie. Rosół i spaghetti w akompaniamencie kropel uderzających o dach smakują wyjątkowo dobrze.

Po obiedzie trenerzy zaczęli zachowywać się... podejrzanie. Szepty. Tajemnicze spojrzenia. Krótkie narady. I nagle wszystko stało się jasne. Pierwsza drużyna, która wróciła właśnie ze zgrupowania, gdzieś podczas rozpakowywania zapodziała kontrakt przedłużający pobyt jednego z zawodników w naszym Klubie. A podobno piłkarz już czekał z długopisem w ręku. Na szczęście pozostały pewne ślady, jeśli podołamy zadaniom z jakimi mierzy się na co dzień zawodowy piłkarz, odnajdziemy zgubę.

Nie było chwili do stracenia. Podzieliliśmy się na trzy zespoły i rozpoczęliśmy akcję poszukiwawczą. Trop prowadził przez jedną z szatni, którą należało uporządkować, jak na profesjonalny Klub przystało. Następnie pakowanie torby na mecz, przecież już nikt nie musi nas wyręczać. Testy motoryczne, jak przystało na okres przedsezonowy. Zadania piłkarskie, bo technika to podstawa i quiz dotyczący historii Wieczystej oraz właściwej postawy na boisku i poza nim.

Nie było łatwo, ale w końcu droga na szczyt prowadzi po schodach, nie ma żadnej windy. Dobrze, że wysłaliśmy więcej ekip, bo okazało się, że każda grupa odnalazła fragment zagubionego dokumentu i dopiero dzięki wysiłkowi wszystkich, mogliśmy go skompletować i z ulgą zameldować: Misja wykonana! Kontrakt czeka na autograf.

Ale, ale... wygląda na to, że pośród kartek była jeszcze jedna dodatkowa, tajemnicza strona. Jutro uchylimy rąbka tajemnicy.


- - - - - - 

Środa – Piłkarski apetyt rośnie w miarę... grania

A co to za burczenie dało się słyszeć rano? To solidny głód piłki, który doskwierał naszym zawodnikom, po wczorajszym przerwanym treningu. A skoro wieczorem chłopcy jeszcze obejrzeli emocjonującą remontadę Argentyny, to wiadomo było, że dzisiaj długo pod dachem nie usiedzimy.

Na boisku czekało już sześć stacji z zadaniami. Niektóre wymagały precyzji, inne szybkości, a jeszcze inne po prostu pomysłowości. Było kółko i krzyżyk w wersji bieganej, piłkarski golf, strzały do zawieszonej obręczy, gry 2 na 2 w funino, a dla tych, którzy lubią sprawdzić swoją moc – rzuty piłką lekarską. Zestaw uzupełniała stacja koordynacyjna z drabinkami.

Po takiej rozgrzewce apetyt był już podwójnie wielki. Z jednej strony, coś byśmy na ząb wrzucili - na szczęście czekało już drugie śniadanie i nektarynki znikały w takim tempie, że trenerzy ledwo nadążali z usuwaniem pestek – z drugiej… Co z tym graniem?! Przez chwilę zastanawialiśmy się, skąd dochodzi to nieustanne dudnienie. Burza? Pierwszy tramwaj przez Meissnera? Nic z tych rzeczy. To nasi zawodnicy przebierali nogami pod stołami, nie mogąc doczekać się powrotu na boisko.

Żeby choć trochę oszukać czas, urządziliśmy jeszcze szybki quiz z rozpoznawania piłkarzy. Ku naszemu zaskoczeniu najwięcej poprawnych odpowiedzi dotyczyło... polskich piłkarzy. Jak widać, patriotyzm (czasami nawet lokalny) mamy we krwi.

Nie było co przedłużać, znów postawiliśmy stopy na murawie boiska. Po krótkiej rozgrzewce przyszła pora na nietypowy mecz integracyjny. Haczyk polegał na tym, że zawodnicy poruszali się po boisku dwójkami – orlik i skrzat - i przez cały czas musieli trzymać się za ręce. Śmiechu było co niemiara, ale kiedy rozgrzewka dobiegła końca, miny wszystkim spoważniały.

Każdy rocznik został podzielony na cztery reprezentacje uczestniczące w mistrzostwach świata, a nasze dwa boiska na chwilę zamieniły się w stadiony rozsiane po Ameryce Północnej. Zaangażowanie? Maksymalne. Waleczność? Jeszcze większa. Podobno greenkeeperzy pracując na sąsiednich boiskach zaczęli się obawiać, że iskry lecące spod korków naszych zawodników zaprószą ogień na ich murawie.

Godzina gry minęła błyskawicznie, chociaż nawet hydration breaki skracaliśmy jak mogliśmy - w trakcie żadnego z nich nie zmieściłaby się nawet jedna cała reklama TV. Rywalizacja tak pochłonęła uczestników, że zaczęliśmy się zastanawiać czy ściągniemy wszystkich z boiska, żeby pójść na basen i kto wie, gdyby nie zapach obiadu unoszący się nad Chałupnika, do teraz mogłoby się nie udać.

Tym razem nikt nie grymasił. Pomidorowa i pierogi zniknęły z talerzy szybciej, niż zakładaliśmy. Dzięki temu został jeszcze czas na kontrolę plecaków przed wyjazdem. Kąpielówki? Ręcznik? Klapki? Wszystko jest, to ruszamy!

Do autobusu dotarliśmy tak sprawnie, że udało się złapać wcześniejszy kurs, a chwilę później byliśmy już w Aquaparku. I tutaj nastąpiło małe zaskoczenie. Najmłodsi zachowali się niczym doświadczeni zawodowcy. Zanim ruszyli na zjeżdżalnie, najpierw zajęli jacuzzi na szybką regenerację. Starsi uznali jednak, że regeneracja może jeszcze chwilę poczekać i zapętlili się na trasie między najwyższymi schodami i najdłuższą zjeżdżalnią.

Jak zwykle godzina minęła zdecydowanie za szybko. Po wyjściu z szatni okazało się, że tradycyjnie brakuje kilku skarpetek i jednej koszulki, ale czujne oko trenerów szybko namierzyło zguby i stan wrócił do porządku. Powrót do Klubu był chyba pierwszym momentem w tym tygodniu, kiedy pojawiły się oznaki zmęczenia. Chociaż... tylko na chwilę. W czasie podwieczorku i kilku parti Jengi znowu zrobiło się gwarno.

Gdyby porównać ten dzień do piłkarskiego meczu, spokojnie zasłużyłby na miejsce w prime time ramówki Premier League. Byłaa, jak mawia Trener Papszun, IN-TEN-SYW-NOŚĆ. Jedyne czego mogło zabraknąć to czas na nudę. Taką formę musimy utrzymać jeszcze przynajmniej dwa dni


- - - - - - 

Wtorek -  Mali konstruktorzy, wielcy odkrywcy

Z samego rana zamieniliśmy się w architektów i inżynierów. Podzieleni na trzy zespoły najpierw odbyliśmy krótkie narady, powstały wytyczne i opracowano specyfikacje. Chwilę później trzeba było zabrać się do pracy. Zadanie? Stworzyć własny tor przeszkód. Nie byle jaki, tylko taki, który wystawi kolegów na prawdziwą próbę. Pomysłów zdecydowanie nie brakowało. Wysokie płotki zachęcały do skoków, drabinki koordynacyjne wymagały precyzji ruchów, a pod niższymi przeszkodami... cóż, tam nie było już miejsca na elegancję. Trzeba było czołgać się niczym komandosi na poligonie. Co najlepsze, okazało się, że zespoły nie budował toru tylko dla innych, później chłopcy sami musieli się zmierzyć z własnymi konstrukcjami.

Zostawmy budowlankę. Szybkie porządki, kurtki do plecaków i ruszyliśmy do autokaru. Kierunek – Dolina Mnikowska.

Tego dnia pogoda postanowiła trochę pomóc naszej wyobraźni, za to warunki do marszu uczynić bardzo wymagającymi. Chmury zawisły nisko nad lasem i zamiast wakacyjnego spaceru zrobił się prawdziwy klimat wyprawy poszukiwaczy tajemnic. Drużyny pozostały w tych samych składach, otrzymały mapy i listę zadań do wykonania.

Role rozdzieliły się niemal naturalnie. Orliki przejęły funkcję przewodników, a skrzaty okazały się świetnymi tropicielami. Rozpoznawanie punktów na mapie, wypatrywanie owadów, zwierząt i charakterystycznych miejsc przychodziło im z naturalną łatwością. Błoto po ostatnich opadach próbowało utrudnić marsz, ale szybko przekonało się, że z młodymi "Żółto-Czarnymi" nie będzie miało łatwego zadania.

Wspinaczka pod kapliczkę? Bez problemu. Leśne ścieżki? Proszę bardzo. Nawet tajemnicza jaskinia wyglądała z daleka całkiem zachęcająco. Kiedy jednak zobaczyliśmy śliskie podejście po deszczu, uznaliśmy, że nie będziemy sprawdzać, czy mieszkają tam smoki, niedźwiedzie, czy Flinstonowie. Dzisiaj wygrał rozsądek, szkoda narażać się na kontuzję.

Wracając, zainspirowani niedoszłym spotkanie z Fredem Flinstonem, na polanie pod kaplicą postanowiliśmy urządzić sobie jedną partyjkę w jego ulubionej dyscyplinie - kręglach. Oczywiście przerobionych na modłę piłkarską. Przydały się nawet sfatygowane, starsze piłki, które otrzymały drugie życie. Ponieważ wszystkie drużyny wzorowo wykonały zadania z mapy, można to było uznać za swoistą dogrywkę.

Grało się fenomenalnie, aż tu nagle zjawili się kolarze! Czyżby zabawa nas tak wciągnęła, że nie zauważyliśmy upływu miesiąca? Czy to już 9. sierpnia stoimy na drodze ucieczki ostatniego etapu Tour de Pologne? Nie, to tylko pielgrzymka rowerowa z Głogowa. Chwilę porozmawialiśmy… a jak! o piłce. Piłce i bojach o Ekstraklasy. Żartobliwie nawet padło, że intencją pielgrzymki powinny być prośby, żeby w przyszłości Chrobry nie trafił już na Wieczystą w barażach. My tu gadu-gadu, ale status na miał być ustawiony na „zaraz wracam”. I  nie chodzi o słońce za chmurką. Życzyliśmy szerokiej drogi i spokojnego pedałowania, sami zaś rozgadani zmierzaliśmy do autokaru.

Powrót do Klubu upłynął już zdecydowanie ciszej. Niektórzy wykorzystali go na krótką drzemkę. Trudno się dziwić – po takiej wyprawie organizm sam przełączył się na tryb oszczędzania energii. Ale tylko do obiadu.

Devolaille z mizerią znikały z talerzy w błyskawicznym tempie. Zupa ogórkowa miała nieco trudniejsze zadanie, ale i ona znalazła swoich wiernych kibiców. Po krótkim odpoczynku i kilku zabawach integracyjnych, coraz wyraźniej było widać, że wszystkich ciągnie już na boisko. Przebieranie trwało dosłownie chwilę.

Na boisko wybiegły obie grupy. Orliki rozpoczęły od pojedynków 1 na 1 prowadzonych równolegle na kilku polach gry. Utrzymanie orientacji wymagało naprawdę dużego skupienia. Były też mocowanki i czekaliśmy na kolejne wyzwania. Tymczasem skrzaty rozpoczęły od zabaw z "armatami", podrzucaniem piłek i od zadań koordynacyjnych. Później przyszła pora na wyścigi z piłką, ale… pogoda postanowiła zmienić nieco cele ćwiczeń. Najpierw delikatny deszcz. Potem coraz mocniejszy. W końcu dołączył rwący wiatr i wszyscy zgodnie uznaliśmy, że tym razem nie czekamy na gong, a sami oddajemy naturze tę rundę.

Gdy chodzi o zabawę, to jeśli nie drzwiami, to oknem. Po zejściu pod dach, orliki błyskawicznie zamieniły piłkarskie szachy na szachów tradycyjnych, a zamiast budować kolejne akcje ofensywne, budowali wieże Jengi. Państwo wybaczą, ale do pozostałych gier, które mieliśmy zabrakło nam piłkarskich nawiązań. Skrzaty za to uruchomiły swoje pokłady wyobraźni, kiedy dostały kartki i kredki. Powstały wizualizacje nowego stadionu Wieczystej, a nawet wyprofilowane szkice przyszłych piłkarzy naszego Klubu. Kto wie... może dział skautingu rzeczywiście powinien się nimi zainteresować?

Trenerzy próbowali, wykonali kilka telefonów i nawet odprawiali indiańskie tańce, ale chyba oceny od jury nie były za wysokie. Niestety, deszczu odwołać się nie udało. Nic jednak straconego. Mamy przecież ciągle trzy dni. Jak nic, postaramy się odegrać na pogodzie i odzyskać ten czas z nawiązką.


- - - - - - -

Poniedziałek - nowa ekipa, nowe przygody

Przez chwilę obawialiśmy się, że o nas zapomnieli, może że się rozmyślili, ale nie. Lepiej późno niż później, a jeszcze lepiej późno niż wcale. Zjawili się. Dwudziestu pięciu wspaniałych z grup skrzatów i orlików, a nawet jeden wyjątkowo z odważny turboskrz. Na początek Trener Kamil i Trener Krzysztof zaprosili przybyłych na zabawy ruchowe, żeby lekko, gładko i przyjemnie rozpoczęli tydzień. Kto dołączał meldował się u Trenera Grzegorza i po tym jak odbił przysłowiową kartę dołączał, do rozpędzonych już berków i murarzy.

Kto by przypuszczał, że taka rozgrzewka aż tak rozbudzi apetyty. Po uprzątnięciu boisk, chłopcy błyskawicznie wysprzątali też talerze z gruszkami. Ani się obejrzeliśmy, a po drugim śniadaniu nie było śladów.

Wyprawa do Ogrodu doświadczeń była podróżą dwóch prędkości, ale ważne że integracja postępowała w równym tempie. Orliki parły do przodu niczym kolarze w ucieczce podczas wielkiej pętli. Skrzaty zaś oszczędnie wymieniały się na końcu w aerodynamicznym cieniu za ich plecami. Ewidentnie gromadziły moc, która później eksplodowała na tyrolce, torze saneczkowym, czy przy kolejnych sprintach na bieżni.

Trochę wyszliśmy przed szereg, ale właśnie te atrakcje wymagające największej aktywności, cieszyły się największym zainteresowaniem naszych zawodników. Oczywiście nasi zawodnicy nie odpuścili żadnej z ogrodowych instalacji. Karuzelę przyprawili o zawrót głowy, plac zabaw prosił o chwilę wypoczynku, kalejdoskopowi dwoiło się w oczach, a kręgle pospadały z wrażenia widząc ile chłopcy mają energii. Żal nam było atrakcji w części akustycznej, którym już dzwoniło w uszach i w hydraulicznej, bo tam aż zagotowały, a labirynt – ten to biedny – aż poczuł się przy młodych „żółto-czarnych” zagubiony. Ale taka dawka ruchu musiała jednak zostawić ślad nawet na nas. Informację o tym, że mamy zasiąść w kinie 3D, i orliki i skrzaty przyjęły bez rozczarowania, a wręcz z lekkim podekscytowaniem, co będzie można obejrzeć, a sądząc po reakcjach na wyjściu, wcale się nie zawiedli.

Choć po takiej zabawie, dorośli zjedliby konia z kopytami, to młodzieży w głowie bardziej było boisko niż obiady. No ale cóż, carbo muszą się zgadzać i żeby paliwa nie zabrakło, trzeba było jednak coś zjeść. A potem żwawo na zieloną murawę. Skrzaty zaczęły od zabaw z siłowaniem, które aktywują całe ciało. Później zaczęła się część doskonaląca panowanie nad piłką i przypominania sobie zwodów przepracowanych w sezonie. Trochę przyspieszeń żeby jeszcze się pobudzić i zaczęło się granie. Najpierw 1 na 1, później klasyczne funino - 3v3 i cztery bramki – skoro wieczorem na boisko mieli wybiegać Hiszpanie i Portugalczycy, też postawiliśmy na małą, kombinacyjną gry.

Na drugim boisku w tymczasem orliki zmagały się ze „zwierzęcymi” zadaniami gibkościowymi. Z początku wcale łatwo nie było, ale młode stawy, ścięgna i więzadła w końcu się rozruszały. Tak przygotowani, zawodnicy wzięli pod nogi piłki i wreszcie poczuli się jak w żywiole. Najpierw trochę techniki, późnej drugi, trzeci bieg. Fragmenty gier? szybki atak? Ok!

- „Trenerze, czy to już?”

- „Jeszcze dwa powtórzenia i zaczynamy.”

Nie trzeba chyba dodawać o co chodziło? Oczywiście o to, kiedy zacznie się gra. I po dwóch powtórzeniach się zaczęła. Zasłużyli. 

Mamy nadzieję, że taką postawę zawodnicy prezentować będą i w następnych dniach. Grzeczni, zaangażowani, uśmiechnięci… Tylko może tym razem nie oglądajmy obu meczów na mundialu do ostatniego gwizdka, bo znowu będzie problem ze wstawaniem i może nas ominąć przygoda;-)